Piotr Wójcik: Feudalizm nad Wisłą

Trzyma się mocno

fot. unsplash.com, Jordan Whitfield

Wprowadzenie do polskich firm obowiązkowych delegatów załogi lub rad pracowników nie spowoduje paraliżu gospodarki. Wręcz przeciwnie, włączenie pracowników w sprawy zarządzania firmami może usprawnić ich organizację, a więc podwyższyć produktywność polskich przedsiębiorstw.

Pracuj nie pytaj
Polska jest krajem, na terenie którego pańszczyznę zniesiono bardzo późno w porównaniu do krajów Europy Zachodniej. Być może właśnie dlatego wciąż wiele relacji społecznych przypomina stosunki feudalne. Najbardziej widać to w relacjach pracy – polski model gospodarczy jest wręcz nazywany przez prof. Hryniewicza modelem folwarcznym. Właściciele firm traktują je jak swoje folwarki, w których pracownicy mają grzecznie odrabiać pańszczyznę. Według dominującego w Polsce modelu folwarcznego, jedyną rolą pracownika jest wypełnianie poleceń przełożonych. Jeśli ci przełożeni też są pracownikami, również powinni jedynie wypełniać polecenia swoich przełożonych i tak dalej, w górę drabiny. Dla pracownika nie jest przewidziana żadna rola w zarządzaniu firmą, ulepszaniu jej organizacji pracy czy dyskutowaniu nad jej kierunkami rozwoju. To są sprawy zarezerwowane tylko i wyłącznie dla właścicieli, ewentualnie zarządów i wyższej kadry kierowniczej.

Na polskim folwarku
Owa feudalna mentalność, która tkwi w nas głęboko i nie chce wyjść, objawia się także w debacie publicznej. Doskonałym przykładem jest felieton jednego z czołowych polskich publicystów – Łukasza Warzechy na portalu WP.pl, w którym redaktor zajął się propozycjami reformy kodeksu pracy. Szczególnie przeraził go postulat wprowadzenia do firm powyżej 49 zatrudnionych obowiązkowych rad pracowników, a do firm od 10 do 49 zatrudnionych obowiązkowego delegata pracowników. Według redaktora Warzechy doprowadzi to do paraliżu gospodarki, gdyż taki delegat będzie miał wgląd w dokumenty firmy czy jej wyniki finansowe i załoga może zacząć stawiać żądania. Na przykład zachce się jej podwyżek pensji, w sytuacji gdy właściciel będzie chciał zysk zainwestować w rozwój firmy. To nie tylko doprowadzi do paraliżu firm z delegatami lub radami, ale też zahamuje rozwój pozostałych polskich przedsiębiorstw. Perspektywa pojawienia się na terenie firmy delegata lub rady ma być tak przerażająca dla właścicieli, że masowo rezygnować będą oni z tworzenia dziesiątego miejsca pracy. Inaczej mówiąc, będą woleli zamrozić swoje zyski, czyli w perspektywie je tracić, byle nie wziąć sobie na głowę problemu większej podmiotowości załogi.

Za tą argumentacją nie stoją żadne merytoryczne przesłanki. W istocie cały wywód redaktora Warzechy na temat rad pracowników jest wynikiem przede wszystkim głęboko zakorzenionej feudalnej mentalności. Według której pracownikowi lepiej nie ufać i nie dawać większej swobody czy odpowiedzialności, gdyż niechybnie doprowadzi firmę do ruiny. Partycypacja pracowników w zarządzaniu firmą jest ważnym elementem modelu rozwoju prężnych gospodarek północnej Europy i jakoś nie doprowadziła tam do paraliżu. Wręcz przeciwnie, właśnie ten konsensualny model organizacji jest uważany za jedną z tajemnic ich sukcesu. W Niemczech rady pracowników działają już firmach od pięciu zatrudnionych wzwyż, a w zarządach lub radach nadzorczych spółek zatrudniających więcej niż 500 pracowników obowiązkowo znajdują się reprezentanci załogi. Mimo to niemieckie firmy należą do najbardziej efektywnych, a niemiecka organizacja pracy jest słynna na całym świecie. Zresztą trudno przypuszczać, że pracownicy celowo będą działać na szkodę firmy, w której pracują, generując absurdalne żądania. Pracownicy to nie są kilkuletnie dzieci, które nie potrafią myśleć długoterminowo. Gdy pracodawca uzasadni inwestycję całego zysku np. w nowe maszyny, które podniosą produktywność firmy i zaproponuje odroczenie podwyżki, to każda racjonalna załoga na to przystanie. Równie mało przekonujące jest, że przedsiębiorcy będą rezygnować z tworzenia dziesiątego miejsca pracy. Przecież to będzie oznaczać rezygnację z rozwoju, a więc ze zwiększania swoich zysków. Jaki przedsiębiorca z krwi i kości wybierze takie rozwiązanie? Juz nie mówiąc o tym, że rezygnacja z rozwoju będzie oznaczać rezygnację z ekspansji, a więc finalnie skończy się najprawdopodobniej stopniową utratą udziałów w rynku i być może nawet upadłością.

Witajcie w Azji Centralnej
Nie ma żadnego powodu, z którego polski przedsiębiorca musi być w swojej firmie feudałem, a niemiecki czy duński może się dzielić zarządzaniem z załogą. Polscy pracownicy nie są mniej godni zaufania niż szwedzcy czy holenderscy. Rada pracowników nie generuje praktycznie żadnych kosztów, za to może wygenerować solidne zyski. Pracownicy wnoszą do zarządzania nowe spojrzenie, niedostępne kadrze kierowniczej czy właścicielowi. Im także zależy na tym, by stanowisko pracy było lepiej zorganizowane, a praca była bezpieczniejsza i przynosiła lepsze rezultaty. Niejednokrotnie znają tajniki swojej pracy lepiej niż kierownictwo czy właściciel. Rezygnacja z korzystania z ich wiedzy spowoduje, że nie będzie wykorzystywany cały potencjał intelektualny firmy. Nic więc dziwnego, że w najbardziej innowacyjnych gospodarkach świata udział pracowników w organizacji pracy, rozwiązywaniu problemów czy wreszcie w zarządzaniu firmą, jest bardzo duży.

Gdy zwróciłem uwagę redaktorowi Warzesze, że rady pracowników to sprawdzony już pomysł, otrzymałem od niego odpowiedź, że Pracownik jest od pracowania. Właściciel nie po to zakłada firmę, żeby ją współprowadzić z jakimiś delegatami czy radami robotniczymi. Takie spojrzenie zbliża nas raczej do Azji Centralnej, a nie Europy Zachodniej. Być może niejeden właściciel firmy w Polsce chciałby, żeby relacje między nim a jego pracownikami były takie jak w Uzbekistanie, ale nawet on chyba przyzna, że lepiej być innowacyjnym jak Niemcy, a nie jak Kirgistan.