ENERGIA JEST WSZĘDZIE, ALE diabeł tkwi w szczegółach. (POLEMIKA)

OZE, ale nie za wszelką cenę

OD REDAKCJI REO: Wojciech Gałosz we współpracy z Adamem Błażowskim, Witoldem Wysmułkiem i Pawłem Kisielem przygotowali niezwykle staranną polemikę. Polecamy ją uważnej lekturze wszystkim OZE-entuzjastom, bo każde rozwiązanie prócz zalet ma swoje wady i tylko ich znajomość pozwala podejmować racjonalne i pragmatyczne decyzje. A debata na temat przyszłości polskiej energetyki – mamy nadzieję – dopiero się rozpoczęła. Tym bardziej więc zapraszamy do dalszej dyskusji – z nieskrywaną satysfakcją opublikujemy Wasze wątpliwości i opinie.

Tekst Bartłomieja Iglińskiego ENERGIA JEST WSZĘDZIE. OZE to nie tylko słońce i wiatr (POLEMIKA), w którym autor odnosi się do zastrzeżeń Andrzeja Gąsiorowskiego pod adresem tak zwanej energetyki obywatelskiej, zawartych w artykule pt. ENERGETYKA OBYWATELSKA czy zawracanie głowy obywatelom (POLEMIKA) zasługuje na odniesienie się, przede wszystkim dlatego, iż wyraża fałszywe – zdaniem autorów niniejszego tekstu – przekonanie – że przemienienie przestrzeni w jedną wielką rozproszoną elektrownię opartą o hydroelektrownie, spalanie różnych form biomasy i – tradycyjnie – o wiatraki i panele słoneczne, odbywa się bez wyraźnych skutków dla środowiska.

Witold Galosz i inni autorzy zgromadzeni wokół inicjatywy FOTA4Climate zastrzeżenia te prezentują w punktach odpowiadających strukturze tekstu Bartłomieja Iglińskiego, z zastrzeżeniem, że rozwój odnawialnych źródeł energii jest konieczny i potrzebny, jednak nie może być celem samym w sobie, ponieważ nie odbywa się w ekologicznej próżni.

***

W artykule pt. ENERGIA JEST WSZĘDZIE. OZE to nie tylko słońce i wiatr Bartłomiej Igliński forsuje tezę, że 100% OZE to realny kierunek, w którym powinna zmierzać polska energetyka. Jako uzasadnienie wskazuje źródła energii dotąd niewykorzystane i – w jego mniemaniu – zapewniające w sposób bezpieczny stuprocentowe nasycenie odnawialną energią polskiego systemu energetycznego. Rzecz wygląda zgrabnie i obiecująco, niestety, po bliższym przyjrzeniu się propozycjom okazuje się, że sprawy mają się inaczej. Prezentowane tam pomysły zastosowane na szerszą skalę stają się receptą na postępującą dewastację środowiska naturalnego.

Przejdźmy do analizy kolejnych tez Iglińskiego, w kolejności przyjętej przez autora.

1Spiętrzenia na rzekach (np. jazy, śluzy)

Rzeczywiście, ich możliwości produkcji energii są jak dotąd wykorzystane w niewielkim stopniu. Niestety jest to – pod względem środowiskowym – brudna energia. Jazy przegradzają rzeki, uniemożliwiają migrację gatunkom, wymianę genów między populacjami. Obecnie dąży się do ich usuwania, a nie konserwowania. Olbrzymim wysiłkiem m.in. obrońców przyrody została stworzona Ramowa Dyrektywa Wodna, która jednoznacznie nakazuje przywracać rzeki naturze. Tak więc konserwowanie zabudowy rzek powoduje utrzymywanie negatywnego wpływu człowieka na ekosystemy. Dodatkowo należy mieć świadomość, że utworzenie na jazie np. małej elektrowni wodnej spowoduje przekierowanie nieraz znacznej części przepływu właśnie na turbiny generatora. Będzie to powodowało mielenie większości większych istot żywych spływających w dół rzeki oraz zniszczy naturalną hydromorfologię cieku. Jest to wpływ na środowisko ewidentnie negatywny. Aby nie być gołosłownym: na Dunajcu poniżej Pienin forsowano stworzenie systemu małych elektrowni wodnych. Przedsięwzięcie – ku niezadowoleniu kilku lokalnych przedsiębiorców – zostało zablokowane przez organy ochrony środowiska właśnie ze względu na znaczący negatywny wpływ na przyrodę.

Jaz na Iłżance, na drugim brzegu pracownik regulujący przepustowość zastawek. FOT. WIKIMEDIA.ORG / Rafał T

Urządzenie Turbulent – świetne, wspaniały pomysł, który (poza stosunkowo małą mocą) ma tylko jedną wadę: brzegi rzeki trzeba zabudować, ustabilizować. Takie zachowanie jest niezgodne z celami ochrony środowiska i Ramowej Dyrektywy Wodnej – obecnie dążymy do uwalniania rzek, pozwalamy ich korytom wędrować w ramach możliwie szerokiego międzywala, a nie wkładamy w gorset sztywnej zabudowy.

Elektrownia wodna w Sobolicach została przebudowana, by łatwiej było obronić ją przed wielka wodą. Nie udało się. 10 sierpnia 2010. fot. Mariusz Kapała)

Powstaje dodatkowe pytanie, jak urządzenie zachowa się przy niestabilnych przepływach? Gdy przyjdzie powódź? Należy też zwrócić uwagę na to, że takie urządzenie instaluje się na małych ciekach, czyli ciekach, które są najbardziej podatne na występowanie susz, nie omijających Polski w ostatnich latach. Czy opieranie energetyki na takich źródłach to właściwa decyzja w dobie katastrofalnych zmian klimatu?

2 Biogazownie rolnicze

Mają relatywnie duży potencjał, ale lokalnie, do zasilania lokalnych potrzeb, nie na tyle zaś duży, aby zasilać przemysł (np. produkcję nawozów, czy tworzyw zastępujących te uzyskiwane obecnie z ropy naftowej, nie wspominając już o wytopie surówki hutniczej czy produkcji aluminium). Warto w tym miejscu przypomnieć, że uczestnicy debaty REO O atomie (Adam Błażowski i Tomasz Podgajniak) zgodzili się, że takie zasoby nie są w stanie zaspokoić potrzeb polskiego przemysłu. Niemcy osiągnęli duży sukces biogazowni rolniczych, przy pomocy… polskiej kukurydzy.

Kukurydziany labirynt

Znaczna liczba rolników w zachodniej części naszego kraju zarabia właśnie na uprawie kukurydzy zakontraktowanej przez niemieckie biogazownie. Co to oznacza? Tysiące hektarów ścisłej monokultury, prawdziwej pustyni biologicznej. Flora składa się wyłącznie z Zea mays, a fauna jest uboższa niż na niejednym pustkowiu. W tej technologii również obserwujemy postęp i nowe rozwiązania, niemniej należy bardzo ostrożnie rozważać jej rzeczywisty potencjał.

3Biogazownie na składowiskach i oczyszczalniach ścieków

Ciekawy pomysł, którego nie można rozważać bez uwzględnienia wskaźnika EROI dla takich przedsięwzięć (zwrot energii wobec energii inwestowanej). Jest on niestety nieszczególnie wysoki, bo byłaby to technologia już teraz powszechnie stosowana.

Sulechów. fot. Mariusz Kapała

Oczyszczalnie od lat borykają się z problemem odorów, a taka inwestycja za jednym zamachem mogłaby chronić klimat, usunąć przykre zapachy i – last but not least – przynosić zyski. Owszem, rozwiązania takie stosowano w przepompowniach ścieków i oczyszczalniach mechanicznych w czasach, gdy pompy napędzano silnikami parowymi – gazy kierowano do paleniska, co skutecznie usuwało odory i pozwalało odzyskać część energii – jednak sam gaz nie wystarczał do podtrzymania pracy nawet tak małych maszyn. Kiedy tylko pojawiła się możliwość elektryfikacji pomp – instalacje takie przestały istnieć. Także dziś tu i ówdzie stosuje się tak pozyskiwany gaz do napędzania, najczęściej generatorów prądu, ale skala produkcji jest niewielka, nie wykraczająca poza zasilanie danego zakładu.

Biogazownia rolnicza w Dzierżkach. fot. Polska Grupa Biogazowa

Należy też pamiętać że ścieki komunalne bogate są w przeróżne związki chemiczne, które znacznie utrudniają produkcję i spalanie metanu. Chodzi tu np. o związki krzemu które w trakcie spalania zamieniają się w… piasek, znacznie skracając żywotność kosztownej instalacji. Oczyszczanie jest możliwe, ale jest bardzo kosztowne.

Istnieje również potencjał wykorzystania odchodów zwierząt do biogazowni. I rzeczywiście lokalnie takie instalacje powstają. Wydaje się to dobrym pomysłem, ale też należy patrzeć na rozwój tej branży w dłuższej perspektywie czasowej. Nawozy sztuczne będą coraz droższe, a z czasem ich produkcja ze względu na dostępność składników do ich wytwarzania może się załamać. Odchody zwierzęce będą najlepszym nawozem i to jest ich przyszłość. Należy też zdać sobie sprawę z tego, że walka z globalnym ociepleniem musi uwzględniać również reformy w rolnictwie i zmianę naszej diety, ponieważ dzisiaj konsumujemy za dużo mięsa. Jeśli ograniczymy liczbę zwierząt hodowlanych, a większość areałów przeznaczymy na produkcję roślinną, zmniejszy się też dostępność odchodów zwierząt jako biomasy i nawozu.

4Odpadowe drewno

Z wycinki lasów, drewno z zakładów meblarskich, drewno poużytkowe, drewno z dróg, drewno z sadów jako źródło energii. To jedna z najbardziej niebezpiecznych dla przyrody tez Iglińskiego i promotorów tej opcji energetycznej.

Odpadowe drewno z wycinki. Systematyzując: w lasach gospodarczych otrzymujemy z wycinki grubiznę, gałęzinę, chrust i odpady pozrębowe. Grubizna zużywana jest (prawie) w całości na cele gospodarki. Przyrodnicy toczą boje z leśnikami o pozostawienie jakiejkolwiek ilości grubizny na powierzchniach pozrębowych, bo takie drewno stanowi cenne siedlisko dla licznych gatunków grzybów i zwierząt. Gałęzina jest w znaczącej części kraju pozyskiwana praktycznie w całości przez lokalną ludność na cele opałowe. Chrust musi pozostać w lesie, jako źródło pierwiastków biogennych oraz szybko powstającej próchnicy, aby las mógł znów rosnąć. Odpady pozrębowe – są pozyskiwane również przez ludność na opał. Tu absolutnie nie ma żadnych luzów bez znaczącej szkody dla ekosystemów.

Drewno z zakładów meblarskich (i przemysłu drzewnego). Poza nielicznymi przypadkami (np. część tartaków – tu jest nisza do zagospodarowania), całość już teraz jest wykorzystywana albo na opał (polecamy przeanalizować ceny, w jakich takie drewno sprzedawane jest na portalach aukcyjnych – daje to pojęcie o popycie/podaży surowca), albo przerabiana na pellet (Barlinek, inne zakłady meblarskie), na brykiet opałowy (małe i średnie zakłady inwestują w brykieciarki, jako sposób na dodatkowe dochody i pozbycie się odpadów), a także na produkty meblarskie niższej jakości – płyty OSB, fornir itp. Znacząca większość zakładów wykorzystuje odpady do ogrzewania suszarni drewna oraz hal maszynowych; tu również nie ma absolutnie żadnych luzów. Wywożenie odpadów tartacznych do elektrociepłowni, zużywające dodatkowo energię na transport, zarówno biomasy jak i energii cieplnej, jest zaprzeczeniem idei efektywności energetycznej.

Drewno poużytkowe. Co autor rozumie przez to pojęcie? Czy chodzi o stare meble? Lakierowane? Z płyt paździerzowych? W zasadzie jedynym wyjściem byłaby utylizacja ich w spalarniach odpadów, ale te instalacje spotykają się z potężnym oporem społecznym. Inną opcją zagospodarowania takich odpadów jest spalenie ich w cementowniach, które już poczyniły odpowiednie inwestycje, jednak przez komunalne spalarnie (w naszych warunkach przeważająca większość to spalarnie rusztowe, które nie pracują czystą metodą termicznego przekształcania odpadów) zostały praktycznie pozbawione paliwa alternatywnego.

Zrębka wierzby energetycznej – stanowiąca biomasę spalaną w polskich elektrowniach. fot. wikimedia.org

Drewno z dróg – czy chodzi o podkłady kolejowe? Wtedy w grę wchodzą skomplikowane technologie, raczej nie obejmujące odzyskiwania z nich energii. Jeśli chodzi o podkłady kolejowe, to autor zapomina też, że są to odpady o wysokiej szkodliwości. Nasączone są bowiem toksycznym i rakotwórczym kreozotem. Podkłady powinny być utylizowane w szczególnych warunkach. Chyba, że chodzi o drzewa przydrożne? Jednakże ich wycinka pozbawia krajobraz rolniczy jedynej obrony przed suszą i erozją wietrzną (nie wspominając już o ich roli przyrodniczej, ekologicznej i estetycznej).

Drewno z sadów. Tu rzeczywiście pozostaje pewne pole manewru, ten surowiec jest de facto marnotrawiony (często spalany na otwartym powietrzu, bez wykorzystania energii spalania), jednak nie są to ilości umożliwiające funkcjonowanie miejskiej elektrowni czy ciepłowni.

Podsumowując – w tym sektorze istnieje pewien potencjał, jednak nie na tyle wysoki, by stanowić znaczący komponent teraźniejszej i przyszłej energetyki. Priorytetem powinno być używanie go lokalnie na potrzeby ludności miejscowej, która nie ma obecnie alternatywy dla spalania węgla. Znów powstaje problem: dekarbonizować przez OZE, czy chronić przyrodę?

Na koniec rozważań o drewnie warto sprawdzić, jak to wygląda w innych krajach. Przykładowo Dania, która swoją rewolucję energetyczną oparła na elektrowniach wiatrowych, jest jednym z największych importerów pelletu z USA. Import pelletu z USA w ostatnim roku wzrósł o 17%. Najwięcej pelletu z USA importują Wlk. Brytania, Belgia, Luksemburg i właśnie Dania. Wydaje się jednak, że w rewolucji energetycznej nie o to chodzi, by wozić drewno przez ocean przy dużych nakładach energetycznych. Niestety oprócz dodatkowych emisji przy transporcie ma to swoje konsekwencje przyrodnicze. W polskich czasopismach zajmujących się biomasą pisze się o potencjale biomasy pochodzącej z Ukrainy czy Białorusi. Niestety ta biomasa w dużej części to… lasy karpackie.

5Słoma

Należy zgodzić się z autorem, że również ma swój potencjał energetyczny. Jednocześnie rodzi pewne problemy: jako surowiec ma bardzo niską gęstość energetyczną. Jej zastosowanie miałoby spore znaczenie lokalnie, ale tylko takie. Przewożenie słomy z jednego końca Polski na drugi nie ma uzasadnienia ani ekonomicznego, ani energetycznego. Autor szacuje moc, jaką można wygenerować ze słomy na 500-750 MW. Moc cieplna Elektrociepłowni Kraków to 1224 MW. Słomą z całej Polski nie bylibyśmy w stanie ogrzać i oświetlić nawet części Krakowa. A co z zakładami przemysłowymi?

fot. pisabay.com

Ponadto, w związku z postępującym ociepleniem klimatu, słoma ma znacznie lepsze zastosowanie niż spalanie. Jest ona potrzebna do ściółkowania upraw, od warzyw po truskawki. Ściółkowanie pomaga budować warstwę ziemi próchniczej, która znacznie lepiej magazynuje wilgoć, a sama ściółka zapobiega wysychaniu. Takie rozwiązanie stosowane było przez twórcę nurtu permakultury – Billa Mollisona, jest promowane również obecnie. W sezonie 2018, straty rolnicze w Polsce wyniosły około 20%. W ciągu następnych lat należy się spodziewać jeszcze gorszych wyników i adaptacja do tych negatywnych zmian jest absolutną koniecznością.

6Ugory i nieużytki

Przestrzenie te nie są bezproduktywne. Stanowią miejsce regeneracji i rozwoju dzikiej przyrody. Świadczą wobec naszej gospodarki tzw. usługi ekosystemowe. Są miejscem sekwestracji węgla w postaci m.in. tkanek drzew, czy próchnicy glebowej. Przeznaczanie takich terenów na produkcję biomasy oznaczałoby dewastację tej części przyrody, która u nas odrodziła się po roku 1989.

7Łąki i pastwiska

Podobnie jak w przypadku słomy, biomasa z łąk jest cennym materiałem do ściółkowania. Istnieje potrzeba koszenia łąk i pastwisk, (tu istnieje pewien potencjał) szczególnie w przenawożonych dawniej siedliskach, gdzie zabieranie biomasy oznacza korzyść dla ekosystemu łąkowego, bo w ten sposób zabiera się nadmiarowe biogeny. Warto jednak pamiętać, że łąki, to jedne spośród najcenniejszych, najbogatszych gatunkowo siedlisk przyrodniczych w naszym otoczeniu. Dotyczy to jednak łąk użytkowanych ekstensywnie. Ekstensywne użytkowanie oznacza rzadsze pozyskanie biomasy oraz mniejsze przyrosty tejże biomasy. palanie tej biomasy również powinno być brane pod uwagę z rozwagą, bo jest to zbyt cenny z punktu widzenia utrzymania produkcji żywności materiał. Ponadto, warto wspomnieć, że budowa warstwy ziemi próchniczej to odkładanie węgla w glebie, a więc emisje ujemne! Co więcej, okrywanie ziemi redukuje erozję, w tym ucieczkę węgla z powierzchni upraw, jest więc kolejnym wkładem do zmniejszenia śladu węglowego produkcji żywności.

Łąki ostoją bioróżnorodności. fot. pixabay.com

Dodatkowym aspektem, łączącym się z wcześniejszym punktem, jest zamiana łąk na uprawy roślin energetycznych. Taki epizod miał już w Polsce miejsce, a jego efekty były opłakane. Swego czasu postanowiono masowo uprawiać wierzbę energetyczną. Ponieważ rolnicy nie chcieli na takie uprawy przeznaczać urodzajnej gleby, a wierzba potrzebuje dużo wilgoci, by efektywnie przyrastać, zaczęto przekształcać pod te uprawy bardzo cenne podmokłe łąki, turzycowiska itp. Wiązało się to nie tylko z dodatkowymi emisjami z gleby, a ponadto uprawy prowadzono w miejscach o dużej bioróżnorodności, ponieważ wszelkiego rodzaju podmokłe łąki, turzycowiska czy bagna stanowią o bioróżnorodności w krajobrazie rolniczym.

8Potencjał energetyki wiatrowej Polski na morzu

Morska energetyka wiatrowa w polskich warunkach rzeczywiście ma możliwość osiągnięcia wyższego współczynnika wykorzystania mocy zainstalowanej, niż dla takiej samej turbiny zainstalowanej na lądzie (wyjątkiem będzie oczywiście pas nadmorski, gdzie wiatr nie zdążył jeszcze wytracić energii o wszelakie nierówności terenu). Nadal jednak trudno uznać ją za źródło stabilne (współczynnik wykorzystania < 50%), a już na pewno nie za źródło kontrolowane (o ile moc możemy zmniejszyć do zera, gdy mamy nadwyżki, o tyle na żądanie jej nie zwiększymy, gdy po prostu nastąpi flauta).

Należy zwrócić uwagę, że tam gdzie rozbudowywana jest energetyka odnawialna, potrzebne jest jednocześnie uruchamianie mocy gazowych które służą do bilansowania. Uwzględniając ograniczenia biogazu, należy wykazać się ostrożnością i przewidzieć możliwość zablokowania głębokiej dekarbonizacji z tego powodu.

Pod jednym z ostatnich zdań Iglińskiego również nie można się podpisać: Każdy dach, droga, ścieżka rowerowa może zostać wykorzystana do produkcji energii. Drogi i ścieżki rowerowe wykładane panelami PV na równi z gruntem to wysoce nieoptymalne nachylenie paneli w stosunku do promieni słonecznych. Nie mieszkamy na równiku! Również kurz i pył powodują znaczny spadek uzysku z takiej instalacji, co powoduje, że takie rozwiązanie będzie mniej wydajne, niż normalna instalacja fotowoltaiczna postawiona obok drogi.

Trudno wyobrazić sobie robienie przesieki wokół dróg solarnych przebiegających przez obszary leśne, a bez wycinek byłyby one praktycznie cały czas w cieniu. W miastach przekrycie dróg również budzi mieszane uczucia: z jednej strony pozyskamy trochę energii, gdy panele znajdą się w ekspozycji słonecznej; z drugiej – niezmotoryzowanym zaserwujemy zwiększoną dawkę smogu i hałasu. Budowanie dróg z paneli fotowoltaicznych to w naszych warunkach kosztowna mrzonka i sztuka dla sztuki, przy której nawet rozpoczęcie od zera krajowego programu termojądrowego byłoby atrakcyjną alternatywą cenową.

Pamiętajmy też, że statystycznie instalacje dachowe są mniej wydajne niż przemysłowe farmy fotowoltaicze, które zawsze ustawione są pod optymalnym kątem. Wiele dachów nie nadaje się z tego powodu na fotowoltaikę.

Podsumowując całość analiz Bartka Iglińskiego: rzeczywiście, energia jest wszędzie, ale jest rozproszona, a całościowe jej wykorzystanie oznacza dalszą dewastację przyrody. Opisywane działania i pomysły są dobre, czasem świetne, pod warunkiem, że realizowane na małą skalę i lokalnie. W takiej sytuacji mogą poprawić bilans energetyczny, jednak na szeroką skalę przekształcą krajobraz Polski w wielkie gospodarstwo rolno-energetyczne.

Marcin Popkiewicz w książce pt. Rewolucja Energetyczna. Ale po co? słusznie zwraca uwagę, że: biogazowania o mocy 1 MW potrzebuje średnio 60 ton substratu dziennie, co z uwagi na sezonowość może oznaczać nawet 100 kursów ciężarówek dziennie. Czy tak ma wyglądać każda polska wieś?

Czy na pewno chcemy, chroniąc klimat, przekształcić planetę w elektrownię służącą tylko jednemu gatunkowi? Prof. Jan Popczyk sugeruje z kolei wykorzystanie 4,5 mln ha (Rewolucja Energetyczna. Ale po co? str. 277) nieużytków na uprawę roślin energetycznych. Czy naprawdę o to nam chodzi? Mówimy, że należy zostawić Ziemię przyszłym pokoleniom w stanie co najmniej nie gorszym, niż ten który zastaliśmy. Upieranie się przy opcji 100% OZE powoduje, że nadal będziemy dewastować ekosystemy, czekając na jednorożca cudownej technologii, która zbawi nas wszystkich. Nie mamy czasu. Technologie dekarbonizujące są na wyciągnięcie ręki. Tu i teraz. Francja obniżyła emisje dwutlenku węgla o 80% w ciągu zaledwie 15-20 lat. Podobnie było ze Szwecją.

Wymaga to jednak pracy, podjęcia ryzyka, wymaga złamania naszych schematów myślowych, współkonstruowania nieraz trudnych kompromisów.

Dalsze czekanie na cudowne rozwiązania dekarbonizacyjne oparte w 100% na OZE jest podobne do zachowania nałogowego hazardzisty, który okrada swą rodzinę myśląc: kiedyś w końcu się uda, byle starczyło środków i czasu…

I na koniec jeszcze osobiste świadectwo. Kilka lat temu wierzyłem w 100% OZE, bo z mojej strony (jak i zapewne znacznej części zwolenników tej idei) był to akt wiary. Wiarę postanowiłem przemienić w praktykę. Przerzuciłem ogrzewanie domu na biomasę – drewno pozyskane z czyszczenia roślinności na własnej działce, brykiety drzewne zakupione w zakładzie meblarskim, drewno zakupione z wyrębu lasu. Okazało się, że jest to niezwykle angażujące czasowo nowe zajęcie. Gdy przychodziła prawdziwa zima (taka poniżej -5°C) musiałem przechodzić na węgiel, bo dom zaczynał się wychładzać. Założyłem panele fotowoltaiczne o mocy nominalnej 4,2 kW i okazało, że o ile latem mam nadwyżki prądu, to zimą pojawia się niedobór, a w grudniu nieraz nie produkują prawie nic.

Można sobie wyobrazić, że gdy wszyscy postąpią tak jak ja, lub zainstalują pompy ciepła, zapotrzebowanie szczytowe na energię elektryczną w Polsce w zimie drastycznie wzrośnie. To zaczęło rodzić pytania. Pytania generowały kolejne. Te osobiste doświadczenia wskazują na to, że na okres przejściowych kilkudziesięciu najbliższych lat, musimy wspomagać się innymi źródłami zeroemisyjnej energii, bo gaz ziemny nie jest rozwiązaniem – jego spalanie wciąż dokłada do atmosfery nowe gigatony kopalnego węgla.

Tym samym, jeśli myślimy o klimacie i rewolucji energetycznej jednocześnie, nie ma pytania co wybrać: OZE czy energię jądrową. Pozostaje pytanie, ile jakiego komponentu, w jaki sposób i gdzie. Nie mamy jednak wątpliwości że miks energii jądrowej i odnawialnych źródeł energii jest obecnie dla naszej planety i dla biosfery najkorzystniejszym rozwiązaniem.

***

Odpowiedź na tekst Bartłomieja Iglińskiego koordynował Wojciech Gałosz we współpracy z Adamem Błażowskim, Witoldem Wysmułkiem i Pawłem Kisielem. Wszyscy tworzą inicjatywę http://www.fota4climate.org

 


REO POLECA

📻 ADAM BŁAŻOWSKI: W obronie postępu i środowiska