📻 Energa przegrywa!

Kontrahenci - Energa 3:0! informuje Dorota M. Zielińska, Leszek Kadej reasumuje PiSu walkę z wiatrakami, a mecenas Maciej Szwedowski komentuje wyrok sądu

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu artykułu na podcaście. Czyta Paweł Sito.

 


6 czerwca 2018 roku zapadł wyrok w sprawie Energa Obrót przeciwko spółce Jeżyczki Wind Invest. Tekst: Dorota M. Zielińska i Leszek Kadej.

Sprawa dotyczyła wieloletniej umowy zawartej pomiędzy spółką Energa Obrót a firmą Jeżyczki Wind Invest. Na jej podstawie Energa przez wiele lat nabywała zielone certyfikaty taniej, niż wyceniała je Towarowa Giełda Energii. Załamanie się systemu zielonych certyfikatów i spadek notowań spowodowały, że wynikająca z umowy cena tych papierów znacząco przewyższała ich wartość giełdową. Wówczas spółka postanowiła uznać umowę za nieważną.

Sąd Okręgowy w Warszawie rozpoznał sprawę merytorycznie i oddalił powództwo Energi. Sędzia Marian Kociołek w uzasadnieniu wyroku stwierdził, że w przypadku przedmiotowej umowy nie mają zastosowania przepisy o zamówieniach publicznych. Tryb zamówień publicznych ma zastosowanie wtedy, kiedy podmiot publiczny może uzyskać lepsze warunki, korzystając z zalet konkurencji rynkowej, a system świadectw pochodzenia ma na celu ochronę środowiska i w tym sensie nie podlega grze rynkowej. A system zachęt dla producentów czystej energii oraz system obowiązków w postaci konieczności umarzania świadectw pochodzenia dla podmiotów energię wytwarzających zmierzał do osiągnięcia określonych celów środowiskowych.

Wyrok nie jest prawomocny, ale rysuje się stała linia orzecznicza w sprawach przeciwko właścicielom farm wiatrowych, którzy podpisali wieloletnie umowy na sprzedaż świadectw pochodzenia z państwowymi spółkami energetycznymi. Wygląda na to, że te ostatnie będą musiały się z nich wywiązać.

SPECJALNIE DLA REO
Komentarz prawnika Macieja Szwedowskiego, który kieruje praktyką sporów sądowych w kancelarii Squire Patton Boggs Święcicki Krześniak.


Dzisiejsze rozstrzygnięcie w sprawie dotyczącej długoterminowej umowy o sprzedaż zielonych certyfikatów, jaką Energa Obrót zawarła ze spółką Jeżyczki Wind Invest, ma przełomowe znaczenie dla rynku energetyki odnawialnej. Po raz pierwszy sąd jednoznacznie stwierdził, że w związku z nabywaniem certyfikatów Energa Obrót nie miała obowiązku stosowania procedur wynikających z przepisów o zamówieniach publicznych. Sąd podkreślił przy tym, w oparciu o przepisy prawa polskiego i treść dyrektyw UE, że stosowanie do sprzedaży certyfikatów przepisów o zamówieniach publicznych byłoby sprzeczne z celami, dla których wprowadzono w życie system wsparcia producentów energii z odnawialnych źródeł. W wyroku sąd całkowicie obalił argumentację Energi Obrót co do rzekomej nieważności zawieranych przez nią w przeszłości długoterminowych umów. Z tych względów wyrok będzie miał znaczenie nie tylko dla spółki Jeżyczki Wind Invest, ale także dla pozostałych spółek Wind Invest i dla innych producentów energii z odnawialnych źródeł, którzy znaleźli się w tej samej sytuacji na skutek działań Energi Obrót. Rozstrzygnięcie sądu obejmuje bowiem kwestie wspólne dla wszystkich spośród nich.
Biorąc pod uwagę jednoznaczny charakter rozstrzygnięcia, można spodziewać się, że i w pozostałych sprawach, w których Energa Obrót pozwała spółki Wind Invest, sądy podzielą zdanie o braku podstaw twierdzeń Energi Obrót. Nie ulega też wątpliwości, że dzisiejszy wyrok spotka się z zainteresowaniem innych uczestników rynku.



Historię niechęci do wiatraków w szerszej perspektywie opisał Leszek Kadej. 

Nastąpiła nowa faza wieloletniej już wojny kolejnych polskich rządów z wiatrakami. Można ją nazwać fazą zaplątania się we własne nogi. W efekcie obecnie sprawujący władzę będą musieli zmierzyć się z całą serią problemów, które po części zastali po poprzednikach, ale w sporej części zafundowali sobie sami.

Pierwszą salwą w wojnie z wiatrakami było, jeszcze za czasów drugiej kadencji rządu PO-PSL, włączenie do systemu wsparcia dla OZE, na równych warunkach, współspalania biomasy z węglem i dużych elektrowni wodnych. Trudno znaleźć inne uzasadnienie tego kroku niż chęć podratowania finansów koncernów energetycznych kontrolowanych przez państwo. Oto bowiem wielka elektrownia na węgiel mogła do paliwa dorzucać trochę, powiedzmy 10%, drewna i w efekcie jej prąd stawał się w 10% zielony. Co więcej, za tę energię dostawała dodatkowe wsparcie w postaci zielonych certyfikatów, dokładnie takie samo, jakie np. farma wiatrowa. I tak oto certyfikaty, które w teorii miały  służyć finansowaniu nowych źródeł zielonej energii, nabijały kabzę elektrowniom węglowym.

O szczegółach destrukcji systemu zielonych certyfikatów opowiedział REO Tomasz Podgajniak.

Tomasz Podgajniak: Zielone certyfikaty

To jeszcze nie koniec. Ponieważ elektrownie produkowały olbrzymie ilości certyfikatów w porównaniu z OZE, cena rynkowa tychże spadła, jak to przy każdej nadpodaży. A że certyfikat jest nieśmiertelny – jego ważność nie jest ograniczona żadnym terminem  to efekty opisanej zmiany odczuwamy do dziś, dwa lata po znaczącym ukróceniu opłacalności współspalania. Główny skutek to praktyczne bankructwo większości farm wiatrowych, sprzedających certyfikaty kilkakrotnie taniej, niż zakładały w swoich biznesplanach.

Byli jednak tacy inwestorzy, którzy zabezpieczyli się przed wahaniami rynku, zawierając wieloletnie umowy na sprzedaż certyfikatów państwowym spółkom energetycznym, które po spadku cen na giełdzie zaczęły szukać sposobów na wykręcenie się z tych umów sianem. Jedną z nich, spółkę-córkę Grupy Tauron, jeszcze za poprzedniego rządu po prostu zlikwidowano, a właściciel farm wiatrowych usłyszał coś w rodzaju: pisz pan na Berdyczów. Pech chciał, że inwestorem tym jest wielki amerykański koncern z branży OZE  i ten najwyraźniej nie da się zbyć gadką-szmatką. W sądzie będzie dochodził kwoty przekraczającej miliard złotych. Ten sam inwestor ma na pieńku także z Energą, ale tam sprawy zaszły dalej. Amerykanie ogłosili, że zwrócą się do arbitrażu, bo za stronę sporu uważają rząd, który celowo wprowadzał niekorzystne regulacje, łamiąc umowy o ochronie inwestycji.

Więcej o sporze pomiędzy Tauronem a właścicielami farm wiatrowych w artykule Pawła Sito i Doroty M. Zielińskiej.

📻Paweł Sito, Dorota M. Zielińska: Przewalone wiatraki

Rząd na razie rżnie głupa, twierdząc, wbrew faktom, że to spór między firmami. Ale prędzej czy później znajdzie w skrzynce pocztowej pozew na miliardy. Koncern może czuć się pewnie, bo nawet jeśli administracja Donalda Trumpa bardzo nie lubi OZE, to nie dopuści ona do tego, żeby jakiś kraj bezkarnie kiwał amerykański biznes. Dla Polski sprawa wygląda na przegraną.

Inni inwestorzy, którzy w zeszłym roku usłyszeli od Energi, że ich umowy to świstki papieru, przyjęli różne strategie: albo dochodzą swoich praw przed sądem, albo próbują dojść do porozumienia. Wygrana Jeżyczki Wind Invest to kolejne sądowe rozstrzygnięcie na korzyść firm wiatrowych. Dwóch innych kontrahentów poszło na ugody, które każą przypuszczać, że zamierzają wynieść się z Polski jak najszybciej i raczej nie wracać. Czemu obecny rząd zapewne tylko by przyklasnął. Bo stojąca za nim partia niejako organicznie nie znosi wiatraków.

Okazuje się, że nie można ot, tak, prawem kaduka, zaprzestać realizacji podpisanej umowy, jak to się wydawało byłemu prezesowi Energii, Danielowi Obajtkowi, który dzisiaj szaleje z brzytwą w Orlenie, a wcześniej na polityczne zlecenie PiS przeprowadził czystkę w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Podobny proceder miał miejsce w firmie Enea, która również jest w sporze sądowym z firmami wiatrowymi i właśnie utworzyła rezerwę na zaspokojenie ich roszczeń z tytułu zaprzestania kupowania zielonych certyfikatów.

PiS uważa, że OZE, a zwłaszcza wiatraki, są mało warte, a ich istnienie podważa wiodącą rolę węgla, który jeszcze przez wiele lat miałby być głównym źródłem wytwarzania energii elektrycznej oraz podstawową siłą napędową polskiej gospodarki… Jedyną przyczyną, dla której rząd otwarcie nie wystąpi przeciwko branży wiatrowej, jest to, że jej potrzebuje. Bez wiatraków Polska nie osiągnie celów klimatycznych wymaganych na 2020 rok, a to oznacza, że zapłaci miliardy za transfer statystyczny, czyli zakup w innych krajach Unii brakującej ilości zielonej energii. A największe jej nadwyżki mają – o, zgrozo! – Niemcy. Ministerstwo Energii doskonale wie, że musi nieco poluzować dokręconą wcześniej przez siebie śrubę. I robi to za pomocą nowelizacji ustawy o OZE (która jednak utknęła w Sejmie).

Propozycja ta zawiera wiele korzystnych dla wiatraków zapisów – korzystnych o tyle, że znoszą one niektóre wprowadzone dwa lata temu wyjątkowo radykalne restrykcje. Podobno zmiany miały być szczegółowo wynegocjowane, uzgodnione i dopięte na ostatni guzik. Tylko, że pojawił się nowy front sprzeciwu w partii rządzącej – sprzeciw ideologiczny. Wyłożył go przedstawiciel jednej z organizacji zwalczających wiatraki, który, dziwnym trafem, nie miał problemu z dostaniem się do Sejmu i na posiedzenia komisji w czasie, kiedy do parlamentu nie wpuszczano niemal nikogo z zewnątrz. I ku konfuzji przedstawicieli rządu ów ideowiec zarzucił im zdradę i zerwanie jakiejś umowy, zawartej przed wyborami przez PiS z wrogami energii wiatrowej w zamian za uzyskanie ich poparcia.

Ideologiczni przeciwnicy spod znaku ani kroku w tył zaczęli więc odkrywać karty, choć jeszcze nie wszystkie. I to jest wyjaśnienie, dlaczego prace nad ustawą, która mogła w kilka dni przejść przez parlament, tak się ślimaczą. Bo mamy do czynienia z zakulisową, wewnątrzypartyjną walką. I póki ta próba sił się nie skończy, ustawa z Sejmu nie wyjdzie. PiS podstawił nogę własnemu rządowi i pozostaje czekać albo na odzyskanie jakiejś równowagi, albo na – potocznie mówiąc – walnięcie o glebę.