📻 REO TRAVEL: Jak, z głową, rzucić wszystko? O emigracji do raju na poważnie

Polemiczna gratka: Jacek i Agatka

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito.

 



Od redakcji REO: 

3 października opublikowaliśmy tekst Agaty Skrzypczyk z Hiszpanii, nawiązujący do artykułu Rzucić wszystko i wyjechać na Bali? Dziś publikujemy odpowiedź autora z Bali, Jacka Kaczyńskiego.

Agata Skrzypczyk: Ciemne strony życia stałego podróżnika



 

Droga Agato, 

W pierwszych słowach mojego listu chciałbym Cię serdecznie pozdrowić. Z racji tego, że dzieli nas w chwili obecnej kilkanaście tysięcy kilometrów, niestety nie mogę Cię pozdrowić organoleptycznie, czyli uściskać. Zatem zaburzając potencjalny spokój, wciskam się w cyfrową przestrzeń rozsianą wokół Ciebie i ze swojej cyfrowej przestrzeni pozdrawiam. Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że nie trzymam obecnie nóg w oceanie. Pisanie na komputerze z nogami w wodzie jest niebezpieczne, bo jak wpadnie on do wody i wyleci z niego prąd – to może kopnąć, że o śmierci nagłej komputera nie wspomnę.

Przeczytałem właśnie w REO – znam, bo też tam publikuję – o ciemnych stronach życia stałego podróżnika. Jako ten, który zdecydował się ostatnio na rzucenie deszczowej Polski – jak piszesz – na rzecz wygodnego życia na Bali, chciałbym Ci o kilku rzeczach opowiedzieć. I od razu Ci powiem, że zgadzam się z Tobą w wielu punktach, ale dzisiaj chciałbym trochę poburzyć. Poburzyć mity, przyzwyczajenia i niedoimaginowane spojrzenie na codzienność na emigracji.

cyfrowi nomadzi jadą za chlebem, chociaż mogą też jechać za ryżem.

Tak, emigracji. Bo przecież hipstersko brzmiący digitalny nomadyzm to nic innego jak emigracja… Jak mój ojciec wyjeżdżał w latach 80. do pracy do Anglii lub Szwecji, mówiło się, że za chlebem jedzie. Nomadzi, jak bardzo by byli cyfrowi, też jadą za chlebem, chociaż mogą też jechać za ryżem, ośmiorniczkami z grilla, sardynką czy batatem. Było nie było, chodzi o hajs. 

emigracja na Bali
Jacek Kaczyński, fot. Dorota Wawryniuk

Czyli w podstawie ich domniemanej wolności nie leży tylko i wyłącznie palma. Dlatego też oczywiste, że zamykając do szafy kalosze i kurtkę puchową, nie zamyka się całego swojego życia w ojczyźnie. To jest, a przynajmniej u mnie był kilkuletni, bardzo wytężony i opłacony coraz większą liczbą siwych włosów proces. Ja mam dzieci, rodzinę, przyjaciół. Ja w Polsce jestem – tylko, proszę, nie uznaj tego za zadzieranie nosa – TYM Jackiem Kaczyńskim, a tu jestem tylko jakimś Jackiem Kaczyńskim – ale jest mi z tym najlepiej na świecie. Dlatego tu przyjechałem.

życie, które do tej pory podarowało mi 45 lat w Polsce, nie zostawi mnie w spokoju.

Droga na terminal 2 na lotnisku Chopina nie jest autostradą do wolności umysłu, tylko kolejnym skrzyżowaniem. I czasem jest tak, że czerwone światło zapala się natychmiast po wylądowaniu. Bo życie, które do tej pory podarowało mi 45 lat w Polsce, nie zostawi mnie w spokoju. Nadciśnienie i wrzody żołądka nie uleczą się w magicznym strumieniu wody w świątyni Pura Tirta Empul w Ubud, chociaż wykąpałem się tam cały, po półgodzinnym staniu w lodowatej wodzie w kolejce do tryskającej holy water.

emigracja na Bali
fot. Dorota Wawryniuk

Zgadzam się z Tobą: wybór takiej drogi życia – piszę: takiej, bo nie uważam się za digitalnego nomadę – nie może być powodowany niepowodzeniem, nie może być ucieczką. Powinien być mentalnym triumfem i okraszonym fanfarami nowym początkiem. Dlaczego nie uważam się za digital nomad? Bo ja nie jestem digitalny. Ja nigdy nie żyłem i nie chcę żyć w cyfrowym świecie. Dlatego, że jak już pisałem – komputer może wpaść do wody, a po drugie, kocham ludzi na żywo.

Uwielbiam ich poznawać, rozmawiać z nimi, czuć ich wkurwienie lub zadowolenie. Jestem mistrzem odnajdywania się w nowych rzeczywistościach. Dlatego miejsce, w którym mieszkam teraz, nie ma trzech metrów do morza, a pod stopami czuję obierki po chilli z knajpy, budzi mnie kogut i metalowe brzdęki – bo mieszkam między myjnią, wypożyczalnią aut i trzema warungami (barami dla lokalsów). Ale za to mogę brać na zeszyt w pobliskim sklepie – bo mnie znają. Czy to przystoi cyfrowemu nomadzie – nie wiem. Wiem tylko tyle, że decydując się na zmianę kodu przed nazwą miasta z tego polskiego, pięciocyfrowego, na ten nieco bardziej skomplikowany, przenoszę się taki, jak byłem. Bo nie potrafię inaczej.

życie na bali jest naprawdę ciężkie, bo prawdziwe, ale ten ciężar inaczej tu waży. Jakiś taki jest lżejszy.

Dlatego też, Droga Agato, uważam podobnie jak Ty, że każda życiowa decyzja pociąga za sobą poważne konsekwencje i trzeba do niej dojrzeć. Chciałbym tylko, żebyś wiedziała, że ja nie mieszkam w raju i nie uciekam w Bieszczady, bo lubię harcerskie piosenki. Ja mieszkam na ziemi. Takiej samej, no może nieco bardziej wysuszonej niż w Polsce, Hiszpanii czy Kanadzie. I powiem Ci tylko (i Drogim Czytelnikom), że życie tutaj jest naprawdę ciężkie, bo prawdziwe, ale ten ciężar inaczej tu waży. Jakiś taki jest lżejszy.

Kilka dni temu poznaliśmy rodzinę z Polski. Przyjechali, bo chcą tu być. Są spoko, mają fajne dzieciaki, a On (imię w kolejnym odcinku cyklu REO: DO GÓRY NOGAMI, jak się zgodzi:) jest właśnie cyfrowym nomadem. Co oznacza tyle, że pracuje zdalnie. Będę bacznie obserwował i zobaczę, czy pisze programy komputerowe z nogami w wodzie. Bo jak On może, to ja też.
                                                        Z wyrazami szacunku, 
Jacek Kaczyński



REO POLECA

Digital nomad czy po prostu cyfrowy bezdomny?