Ekspert BCC: Polski lobbing w Unii Europejskiej? Najpierw musiałby on w ogóle powstać…


Z dr. Jarosławem Mulewiczem, ekspertem BCC ds. relacji Polska-Unia Europejska, głównym negocjatorem Układu Stowarzyszeniowego Polski z UE, byłym członkiem Komitetu Ekonomiczno-Społecznego w Brukseli rozmawiamy o polskim lobbingu w Brukseli i podstawach tworzenia skutecznego prawa unijnego, nie tylko w dziedzinie energetyki.

reo.pl: Co jest przyczyną słabego lobbingu Polski w strukturach UE i jak wygląda skuteczny „lobbing po brukselsku”?

dr Jarosław Mulewicz: Polska jest członkiem Unii od ośmiu lat. W euforii, że jesteśmy w Unii, nikt ani w tym, ani w poprzednich rządach nie myślał o stworzeniu skutecznego mechanizmu lobbingowego, a właściwie skutecznego mechanizmu przekonywania do polskiego punktu widzenia i zjednywania sobie sojuszników. Nasz lobbing to rozmowy ostatniej szansy prowadzone przez premiera na „ szczytach” Unii lub dramatyczne przemówienia ministra spraw zagranicznych. Nie stworzono mechanizmu, w którym nie tylko polska dyplomacja i parlamentarzyści unijni, ale setki Polaków zatrudnionych w Komisji, Radzie, Parlamencie i komitetach unijnych staraliby się mniej lub bardziej oficjalnie reprezentować polski punkt widzenia. Nikt ich o to nie poprosił i nigdy nie zaprosił na żadne nieformalne spotkanie w Misji RP przy Unii, aby przedstawić polski punkt widzenia. Efekt jest taki, że zmiast wykorzystywać armię Polaków zatrudnionych w Unii na front walki wysyłamy w ostatnim momencie generałów, którzy, nie mając zaplecza w postaci długotrwałego przekonywania i zawartych sojuszy, głośno krzycząc, usiłują wygrać często już na długo wcześniej przegraną batalię.

reo.pl: Może Polski po prostu nie stać na promowanie swoich interesów?

J.M.: Jak wynika z tego, o czym już mówiłem, rzecz nie w nakładach, ale dyplomatycznych umiejętnościach, relatywnie niewielkich kosztach i traktowaniu wszystkich Polaków zatrudnionych w Unii jako ambasadorów polskiej racji stanu. Można tym osiagnąć więcej niż drogimi kampaniami medialnymi, których i tak nie prowadzimy. Czym jest koszt zaproszenia kilkuset osób do Polskiej Misji na spotkanie z ministrem spraw zagranicznych i wygłoszenia wykładu o polskich priorytetach w Unii wobec materialnych strat poniesionych w wyniku wejścia w życie tej czy innej dyrektywy, której zapisów nie jesteśmy w stanie wykonać w przewidzianych terminach? Choćby dyrektyw ekologicznych, zakładających odejście od węgla jako źródła energii. Są to tysiące wobec miliardów.

reo.pl: Lobbing w Polsce postrzega się często jako działanie na granicy prawa. Czy lobbing to uczciwy biznes?

J.M.: Pojmowanie lobbingu w Polsce jest opaczne. To nie jest działalność na granicy prawa, tylko tłumaczenie i edukowanie decydentów odnośnie konsekwencji wprowadzania złego prawa. W komisjach polskiego czy europejskiego parlamentu i rządzie niewiele jest osób będących fachowcami w dziedzinach, w których stanowione jest prawo. Usiłując przekonać na rzecz rozsądnego prawa zainteresowane grupy interesów, chcą zapewnić sobie nieprzerywanie produkcji czy uniknięcie lawinowego wzrostu kosztów, co w efekcie skutkuje zwolnieniami, bankructwami czy wzrostem cen. Nikt nie pragnie zatrzymać nieuchronnych zmian wynikających z postępu cywilizacyjnego. Chodzi tylko o podejmowanie rozsądnych działań, które nie wywołają natychmiastowych drastycznych skutków gospodarczych i społecznych. Można skończyć z produkcją energii w oparciu o węgiel i z dnia na dzień zamknąć kopalnie. Jaki to miałoby skutek? Powietrze może czystsze, z pożytkiem dla wszystkich, ale miliony ludzi bez utrzymania. We Francji, Wielkiej Brytanii i Niemczech dochodzono do tego latami. Polska też musi mieć okresy przejściowe. I w tej, i innych dziedzinach zainteresowane grupy przemysłowe tłumaczą to i edukują. I nie ma w tym nic złego.

reo.pl: Co można zrobić, aby lobbing zarówno wyszedł w Polsce z szarej strefy, jak i wszedł na unijne salony?

J.M.: Najpierw musiałby on w Polsce powstać. Poza zrzeszeniami branżowymi w Polsce lobbing prowadzą reprezentowane w Komisji Trójstronnej organizacje przedsiębiorców. W Unii oprócz przedsiębiorców reprezentowanych w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym istnieje niewiele biur przedstawicielskich dużych koncernów polskich, takich jak PGNiG. Reszta polskiego biznesu nie ma żadnych przedstawicieli ani na szczeblu krajowym, ani unijnym. W kraju zrzeszonych jest tylko kilka procent przedsiębiorców. W Unii zarejestrowanych jest ponad 5 tys. organizacji prowadzących lobbing. Polskich prawie nie ma. Podobnie w kraju. Stąd brak wiedzy decydentów w wielu sprawach związanych z tworzonymi regulacjami.

reo.pl: Czy Polska faktycznie postrzegana jest przez unijnych parlamentarzystów jako „Coaland” – kraj, który popiera wyłącznie dalsze wykorzystanie paliw kopalnych i neguje wszelkie pomysły zwiększenia celów w zakresie redukcji emisji dwutlenku węgla?

J.M.: Takie można odnieść wrażenie. Z drugiej strony państwa, których gospodarka była po wojnie oparta o węgiel, jak Wielka Brytania, Niemcy i Francja, doskonale zdają sobie sprawę, że odejście od węgla jako podstawowego źródła energii zajęło im dziesięciolecia i kosztowało miliardy. Nie na darmo utworzenie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej poprzedziło istnienie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Polska nigdy nie twierdziła, że wzięła ślub z węglem na zawsze. Zrozumienie dla polskich postulatów odnośnie do okresów przejściowych w Unii jest. Trzeba tylko silniej zabiegać o jak najkorzystniejsze dla naszego kraju rozwiązania związane z odejściem od węgla jako źródła energii, a zwłaszcza łagodzenie skutków społecznych zmian w górnictwie i energetyce.

fot. dr Jarosław Mulewicz, ekspert BCC ds. relacji Polska – Unia Europejska, główny negocjator Układu Stowarzyszeniowego Polski z UE, były członek Komitetu Ekonomiczno-Społecznego w Brukseli

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here