📻 Ekobandyci są w Polsce bezkarni!

Ewelina Pogryź domaga się ukarania winnych zatruwania rzek i powietrza

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście (czyta Bożena Sitek):



Jeszcze do niedawna rząd, na czele z urzędnikami Ministerstwa Środowiska, piętnował zjawisko potocznie określane jako ekoterroryzm, takim epitetem określając wszelkie ruchy obywateli sprzeciwiających się dewastacji środowiska. Ekoterroryści bronili Doliny Rospudy, zresztą skutecznie, oraz bezprawnej, jak się później okazało, wycinki Puszczy Białowieskiej.

Niestety, urzędnicy są zbyt zajęci piętnowaniem obrońców przyrody, nie mają czasu zauważyć zjawisk faktycznie skandalicznych i po prostu przestępczych. Wyrwały ich z letargu dopiero liczne (mówi się, że w 2018 roku miało już miejsce ponad 60) pożary składowisk odpadów, które spowodowały, że na wierzch medialnej machiny wypłynął temat mafii śmieciowej, importu śmieci, kto wie może nawet i radioaktywnych. 

Dlatego dołączamy się do tej wrzawy medialnej. Pora skończyć ze społecznym i państwowym przyzwoleniem na zatruwanie środowiska. Prócz płonących składowisk o uwagę prokuratorów, policji i sądów dopraszają się systematycznie zatruwane rzeki i rzeczułki. 

Przestępstwa przeciwko środowisku od dawna traktowane są w Polsce zbyt lekko. Policja niezbyt chętnie ściga ekobandytów i trucicieli, prokuratorzy piszą łagodne akty oskarżenia, a sądy pobłażliwie traktują śmieciarzy, zatruwaczy i zanieczyszczaczy. Szkoda, bo z takiego traktowania środowiska (i przestępstw przeciwko niemu) płynie do społeczeństwa prosty przekaz: środowisko zniesie wszystko.

Tylko w 2017 roku media donosiły, że rzeczką Nielbą koło Wągrowca płynęła CZERWONA substancja, rzekę Koplą w Koninku zabarwiła pięknie ciecz TURKUSOWA, rzeką Łyną w Lidzbarku Warmińskim ciągle płynie CZARNA maź, na stawach k. Dębnicy pod Ostrowem Wielkopolskim wytworzyła się metrowa piana, a do rzeczki Głównej w Poznaniu ktoś spuszczał coś podobnego do płynu do mycia naczyń. 

Działania ratunkowe są w takich sytuacjach rutynowe. Przyjeżdża straż pożarna, stawia zapory ze słomy, rozsypuje tu i tam sorbenty, zbiera oleiste ciecze do zbiorników i po kilku dniach sprawa cichnie. W ramach rutynowych działań pojawia się też policja, a czasem nawet ekspert z WOŚ, WIOŚ czy RDOŚ, który pobiera próbki, zapewniając, że dzięki temu MOŻE uda się ustalić sprawcę. Co prawda sprawcę wszyscy w okolicy znają, bo zwykle w niedalekiej odległości działa zakład przetwórstwa chemicznego, drukarnia, wytwórnia lakierów czy inna chemi-fabryka, ale słowo eksperta od środowiska – rzecz święta!

Niestety, badania zatrutych rzeczek rzadko mają dalszy ciąg. Sprawcy zazwyczaj nie udaje się ustalić. Skąd się wzięła piana, żółta, czerwona lub turkusowa farba w wodzie – też eksperci od środowiska nie wiedzą. Zatem sprawa nie trafia do prokuratury, a tym bardziej do sądu. Sprawcy zatruć rzek, rzeczek i jezior zwykle pozostają bezkarni. Odczekają parę miesięcy, przyczają się i znowu, po cichutku, tym razem w nocy – opróżnią zbiornik do rzeki…

W styczniu 2018 roku siedem ton oleju napędowego wyciekło ze stacji paliw i skaziło wody Jeziora Berzyńskiego w Wolsztynie w Wielkopolsce. Olej kanalizacją deszczową i rowem odwadniającym przedostał się do jeziora. – Z naszych ustaleń wynika, że nie było to świadome czy celowe działanie – powiedział Radiu Poznań burmistrz Wolsztyna, Wojciech Lis. I dodał, że prawdopodobnie była to niezawiniona pomyłka ludzka.

Nie wiem, czy burmistrz jest od ustalania tego, czy działanie było świadome i czy pomyłka była niezawiniona. Wolałabym raczej, żeby to ustaliła prokuratura. Chciałabym, żeby śledczy przyłożyli się do sprawy i ustalili, czy pomyłka była jednak zawiniona i czy ktoś celowo nie spuścił oleju do kanalizacji, bo utylizacja jest droga, a transport też kosztuje.

Parę lat temu ktoś co kilka tygodni zanieczyszczał oleistymi substancjami Wartę w Poznaniu. Spływały one do rzeki kanalizacją deszczową. Za którymś razem udało się namierzyć domniemanego zanieczyszczacza. Znana firma spożywcza zrobiła wiele, żeby się oczyścić z zarzutów. Oferowała np. spuszczanie dziennikarzy na linie do studzienki kanalizacyjnej położonej na terenie ich zakładu, bo w studzience znaleziono wylot rury prowadzącej nie wiadomo skąd. Tym razem sprawa była gruba i trafiła nawet do prokuratury, ale ostatecznie została umorzona, ze względu na wyrządzenie niewielkiej szkody środowisku. Biegły uznał bowiem, że kilkaset litrów oleju to za mało, żeby zaszkodzić tak dużej rzece jak Warta. Społeczeństwo nie dowiedziało się więc, czy to właśnie ich ulubiona, sąsiedzka, firma oszczędzała na ekologii i spuszczała olej kanałami do rzeki.

W październiku 2015 roku toksyczna substancja dostała się do Warty i wytruła wiele ton ryb. – Śmiertelna dawka przekroczona 138-krotnie – donosił TVN24. Stwierdzono, że to transflutryna – środek insektobójczy, stosowany przeciwko muchom i komarom. Urzędom zajmującym się ochroną środowiska prawie dwa lata zajęło badanie okoliczności zdarzenia i dopiero po tym czasie podano – to, co już dawno wszyscy wiedzieli – że sprawcą zatrucia jest firma zajmująca się produkcją… środków insektobójczych!

Czy sprawa trafi do sądu i czy skończy się skazaniem, trudno powiedzieć – na razie zapowiedzi aktu oskarżenia nie ma. Czas mija, sądy działają powoli, jest wiele instancji odwoławczych. Śmiem twierdzić, że nawet gdyby sprawcę skazano, to, korzystając z prawa do odwołania i zaskarżania wyroków, uniknie on kary, bo sprawa zwyczajnie się przedawni.

Sześć milionów złotych za wycięcie bez zezwolenia 321 drzew – taką karę wymierzył w 2004 roku Urząd Miejski w Ostrowie Wielkopolskim parafii ewangelicko-augsburskiej. O! Mocna rzecz! Taka kara rzeczywiście mogłaby odstraszać ewentualnych wycinaczy drzew i innych ekoszkodników. Mogłaby, gdyby była wyegzekwowana. Niestety, i w tym wypadku sprawca skorzystał z przysługujących mu praw do odwołań i zaskarżania wyroków i spokojnie doczekał przedawnienia i umorzenia sprawy po… 10 latach!

Zanieczyszczenie rzeczki Głuszynka pod Poznaniem. Fot. OSP Głuszyna

Spuszczanie farby lub barwników do rzeki, nielegalna wycinka drzew czy nawet wywiezienie śmieci do lasu to jeszcze nic w porównaniu z prawdziwym procederem przestępczym, który polega na skupowaniu i gromadzeniu odpadów niebezpiecznych w jednym miejscu, np. w wynajętym magazynie. Potem taki magazyn jest zamykany na kłódkę, a właściciel klucza do kłódki ulatnia się po cichu. Kilka lat temu w Pile odkryto na lotnisku hangar wypełniony po dach beczkami z substancjami toksycznymi, później podobny magazyn znaleziono w Komornikach pod Poznaniem, inny – wielkie składowisko beczek – wykryto parę miesięcy temu w starej kopalni odkrywkowej pod Koninem, następny porzucony magazyn beczek z nie-wiadomo-czym jest wielkim problemem dla władz Poznania. Dlaczego wielkim? Bo usunięcie toksycznych beczek ma kosztować MIASTO osiem milionów złotych!

Właściciela firmy, który wynajął magazyn i przywiózł beczki, nie można ustalić, bo się ulotnił i zmylił tropy, nie ma majątku, nie można mu doręczyć korespondencji. Ale gminy, które musiały się pozbyć ze swojego terenu toksycznej bomby ekologicznej, zapłaciły za akcję utylizacji po kilka milionów złotych. Straty w ich budżetach są ogromne! 

Czy można się dziwić, że w atmosferze przyzwolenia i lekceważenia wszelkich przepisów spółka Wody Polskie czuje się na tyle bezkarnie, żeby świadomie utopić jaja i pisklęta gatunków chronionych polskim i unijnym prawem? Że pladze pożarów składowisk odpadów towarzyszą zapewnienia inspektorów, że wprawdzie lepiej zamknąć okno i nie wychodzić z domu, ale nic niepokojącego się nie dzieje?

Nad rozpracowaniem gangów wyłudzających miliony z VAT-u pracują policyjne specgrupy w każdej komendzie wojewódzkiej. Do ich mieszkań antyterroryści wchodzą o świcie w pełnym uzbrojeniu i z kajdankami w pogotowiu. Czy takie policyjne specgrupy nie mogłyby się zająć także ściganiem przestępstw przeciwko środowisku? Czy prokuratury mogłyby się wreszcie przyłożyć do napisania mocnego aktu oskarżenia przeciwko trucicielowi rzeki czy jeziora? Może wtedy i sądy miałyby podstawy skazać takiego bandytę na rok albo dwa lata więzienia? Na więcej nie można liczyć, bo przecież wszyscy wiemy, że za zanieczyszczenie jakiejś tam rzeczki nie ponosi się w Polsce kary…