📻 GRUDNIOWA OPOWIEŚĆ: Egipski dowód na wyjątkowość Polaków (mimo wszystko)

Artur Kulikowski: Proszę mi wierzyć, to wszystko potrafi zachwycić

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito


Kiedy pierwszy raz siadałem do wigilijnej wieczerzy na egipskiej ziemi czułem się jakoś nieswojo. Starałam się ubrać odświętnie, ale z uwagi na upał po kilkunastu minutach porzuciłem marynarkę, długi spodnie i białą koszule.


Każdy, chociaż raz w życiu, powinien spędzić Święta Bożego Narodzenia w Egipcie. Tu w pełni można zrozumieć, czym powinny być te jedyne dni w roku. Polecam szczególnie Hurghadę i gwarantuję niezapomniane chwile, nawet dla ortodoksyjnych polskich tradycjonalistów.

Na początku trzeba wiedzieć, że

w tradycji muzułmańskiej Bożego Narodzenia po prostu nie ma.

Większość Egipcjan modli się do innego stwórcy niż Polacy, czyli do Allaha. Tamtejsi chrześcijanie (Koptowie), których jest ponad 10 milionów, też nie ułatwiają nam świętowania. Jedni celebrują tradycyjnie 25 grudnia, inni – obrządku prawosławnego – dopiero 7 stycznia. Na dodatek duża część egipskich Koptów celebruje Boże Narodzenie w całym tym okresie: przez równe dwa tygodnie poprzedzone jest 43-dniowym postem.

W muzułmańskim Egipcie nawet Nowy Rok wypada kiedy indziej niż u nas. Obchodzony był 11 września. Na dodatek nie kończył się tu rok 2018 a 1440 rok hidżry. Wszystko to na pierwszy rzut oka strasznie skomplikowane, ale spokojnie. Da radę to ogarnąć, a nawet się przyzwyczaić. Ze zrozumieniem o co tu chodzi już są problemy. Na to trzeba czasu.

Mimo to Egipcjanie przywiązują ogromną wagę do tych wyjątkowych dni w roku. Wszystko oczywiście z myślą o turystach z Europy. Miasto wygląda wówczas niesamowicie. Ortodoksyjni muzułmanie przyglądają się temu wszystkiemu z nieskrywanym zainteresowaniem, ale i z dystansem. Koptowie nie przesadzają z eksponowaniem tradycji chrześcijańskiej, ale biorą czynny udział.

Pozostali działają na zasadzie im więcej, tym lepiej. Choć nie do końca wiedzą, o co tak naprawdę chodzi, stawiają sztuczne choinki, bałwanki, reniferki. Gdzie się da wieszają iluminacje, świecidełka, bombki, włos anielski. Święci Mikołajowie witają przed wejściem do każdego budynku, gdzie mogą pojawić się turyści.  Recepcje hotelowe zamieniają się na te dni w stajenki, domki elfów, baśniowe zameczki pełne śniegu i aniołków. Kelnerzy zakładają na głowy czerwono-białe czapy.

 

W restauracjach, barach, na turystycznych szlakach ulicznych słychać na okrągło Las Christmas, Jingle Bells, Stille Nacht… Kucharze starają się przygotować odpowiednie do okazji menu. Choć w większości przypadków im to nie wychodzi, ważne, że chcą. Nie można mieć do nich pretensji, że nie wiedzą jak zrobić marynowane grzybki, skąd wziąć kapustę kiszoną, jak przygotować kutię czy klasyczny makowiec. Skąd mają wiedzieć? To tak, jakby mieć pretensje do polskiego kucharza, że nie wie jak zrobić najzwyklejszego egipskiego fulla albo fattę.

Kiedy pierwszy raz siadałem do wigilijnej wieczerzy na egipskiej ziemi czułem się jakoś nieswojo. Starałam się ubrać odświętnie, ale z uwagi na upał po kilkunastu minutach porzuciłem marynarkę, długi spodnie i białą koszule. Zostałem (jak pozostali uczestnicy biesiady) w krótkich gaciach, w przewiewnym T-shircie, z opaloną od słońca twarzą i klapkach na nogach. Śnieg miałem tylko w komputerze, a za choinkę robiła przystrojona papierowymi łańcuchami palemka.

O pachnące świerki w Hurghadzie raczej trudno. Inne okoliczności przyrody też nie pomagały. Jedząc potrawy wigilijne, słuchałem polskich kolęd, siedząc w restauracji na plaży i patrzyłem na błękit ciepłego Morza Czerwonego. Wcześniej Święty Mikołaj z dziwną głową przypłynął do mnie łodzią, miał ciemną karnację i mówił po arabsku, angielsku i rosyjsku. Dostałem od niego w specjalnej świątecznej skarpecie egipskie słodycze.

Z potrawami wigilijnymi to dopiero były prawdziwe jaja. Bo właśnie jajami poczęstowano mnie między innymi. Były także krewetki, jakieś ryby, mięso, kurczak, warzywa, sosy. I całe tony ciast i ciasteczek. Zero świątecznego bigosu, kompotu ze śliwek, karpia, o pierogach z kapustą nie wspominając. Pomyślałem: koniec świata.

Jednak tu dała o sobie znać polska zaradność i spryt, oraz pomoc Egipcjan. Uniosła się z głębin ta polska, cudowna romantyczna dusza i otwartość na świat Hurghadian. Na proszonej kolacji na stołach nagle zaczęły się pojawiać nasze tradycyjne smakołyki. Biesiadnicy powyciągali z walizek skrytych w pokojach hotelowych wszystko, co potrzeba. Podzielili się tym, co przywieźli z Polski. Egipcjanie znaleźli rondle i patelnie i zaczęli to wszystko smażyć, gotować, podając wykwintnie do spożycia.

To było fantastyczne uczucie. Uczucie celebrowania tradycji i narodowej wspólnoty. Ludzie, którzy poznali się kilka godzin wcześniej dzielili się z innymi tym, co mają. Egipcjanie, kosztując naszych potraw, zaczęli dopytywać: a skąd, a jak, a dlaczego… Zjawiła się kapustka, pierożki, paszteciki, krokiety, śledziki w oleju, w śmietanie. Była też biała wódeczka. No, jak w domu.

Polacy dzielili się częścią siebie z uśmiechem na twarzy i nieskrywaną radością. Wszyscy cieszyli się, że mają komu dać coś od siebie, mogą wspólnie zaśpiewać Bóg się rodzi czy Lulajże Jezuniu. Mogą nauczyć Egipcjan kilku słów z tych kolęd i wytłumaczyć ich znaczenie.

Oprócz polskiego jedzenia obcy sobie ludzie zaczęli rozdawać prezenty. Ktoś dostał muszelkę, ktoś inny buziaka, jeszcze inny kamyczek z morza… Nieważny był przedmiot i jego wartość. Ważny był gest. Taki bezwarunkowy. Sentymentalny. Od serca. Do dziś pamiętam twarz malutkiej dziewczynki, która pod choinkę powiedziała mi wierszyk.

Ile róż w ogrodzie,
ile gwiazd na niebie,
tak ja Mikołaju
bardzo kocham ciebie.

W tym momencie jedyne co byłem w stanie to wziąć Marylkę na ręce i wycałować. Nie ukrywam, że wówczas się po prostu popłakałem. Zrozumiałem czym tak naprawdę powinny być święta. Czasem radości, wspólnoty, otwartości na innych. Zapomniałem, gdzie jestem, że siedzę roznegliżowany na plaży, najbliższy śnieg jest we Włoszech, najpiękniejsze choinki w Tatrach, a Egipcjanie nie słyszeli o karpiu. To były jedne z najwspanialszych świąt w moim życiu.

O północy wszyscy poszliśmy (w tych klapkach i w T-shirtach) na pasterkę do pobliskiego kościoła katolickiego. Towarzyszyli nam Egipcjanie, którzy stali się naszymi przyjaciółmi. Cudowny czas.



REO POLECA

📻 Nigdy nie dotykaj prochu. NIGDY!