📻 PODEBATUJMY: Totalne odszkolnienie szkoły życia proponuje Lidia Piechota

W reformie PiS widać rafy. Propozycja dla opozycji: a może nie pudrować szkolnictwa. Nie czas na skok z XIX w XXI wiek?

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak


To początek szkolnej rewolucji. To początek końca starego systemu. To początek kolejnej nowej ery w Polsce. Polska edukacja codziennie zostaje przyparta do muru. Nawet jeśli część zarzutów pod jej adresem to bezpodstawne pretensje tych, którym zawsze coś nie pasuje, znakomita większość argumentów i żartów wyśmiewających ofertę polskich szkół ma rację bytu i nie bierze się z niczego.

To czas szukania odpowiedniego kierunku, czerpania inspiracji i otwartości na zmiany, które są zwyczajnie potrzebne. Tym razem nie ma tu wymuszania czy szukania dziury w całym. Polscy rodzice i nauczyciele czują, że już czas. Czas zaproponować coś, co jeszcze chwilę temu nie mieściło się w niczyjej głowie. To czas na zmianę całkowitą, bo częściowa nie zda tu egzaminu.
Egzaminy zdają dzieci. Od lat te same egzaminy. Często to sprawdziany wiedzy kompletnie nieprzydatnej lub przydatnej nielicznym. Często szkolny sprawdzian to stresujące zadanie, w którym celem jest ocena, a nie wiedza. Ona przychodzi z czasem.
Wtedy wiemy, że skoro świat się rozwija, skoro wszystko wokół się zmienia, to zmieniają się potrzeby, a co za tym idzie, zmienić powinien się sposób przygotowania do funkcjonowania w tym innym, bo nowym świecie. Czyż nie jest to cudownie logiczne?
Zatem, tak jak w każdej relacji między ludźmi, tak jak w podejściu do technologii, jedzenia, opieki nad dziećmi, tak w kwestii edukacji, weryfikacja, w tym przypadku potrzeb uczniów, jest nieunikniona. Choćbyśmy jej unikali bardzo długo. W końcu się stanie. I nawet jeśli słychać bunt, sprzeciw lub zirytowany jęk, właśnie to jest istotą słuszności tej zmiany.

To potrzeby uczniów są kluczowe, a nie potrzeby systemu, ustawodawców, instytucji.

Zdając sobie z tego sprawę, a przynajmniej próbując poczuć, że to naturalna kolej rzeczy, otwieramy się na nowe, na nieznane, ale za to słuszne i pożyteczne.
W internecie bez przerwy krążą rysunki lub zdjęcia z podpisami na temat szkolnych obowiązków i programu nauczania. Mają być zabawne. Z jednej strony faktycznie śmieszą. Z drugiej wzbudzają niepokój i wywołują pytania: do czego to ma prowadzić? Jak długo jeszcze będziemy na to pozwalać?
A może zamiast narzekać i się czepiać, lepiej wziąć sprawy w swoje ręce?
W swoje, czyli rodzicielskie. Rodzice coraz chętniej wypowiadają się w kwestii zadawania prac domowych, wybranych przez szkołę podręczników czy niedostatecznie lub nieodpowiednio wykwalifikowanych nauczycieli. To dobrze, choć trzeba tu uważać, żeby nie przesadzić. Mamy tendencję do brania całej ręki, gdy dają jedynie palec.
Wysyłając dziecko do danej szkoły, zgadzamy się na to, jak ta szkoła uczy. A gdy każda, naszym zdaniem, uczy źle? Wtedy możemy uczyć sami. Choć to nie jest najlepsza pobudka dla takiego działania. Skąd wiem? Bo zamierzam Zachariasza uczyć w domu. Właściwie nie w domu, a w plenerze, ale za to w trybie edukacji domowej. I nie zamierzam tego robić dlatego, że uważam, że szkoła jest do bani. Chcę to zrobić z szacunku.
Do Zachariasza, do jego potrzeb kontaktu z tatą, który mieszka za granicą, z babcią, która mieszka daleko, z kuzynami, którzy także rozsiani są po Europie. Zamierzam wykorzystać swój czas i pedagogiczny talent, właśnie ucząc moje dziecko, bo szanuję… polską szkołę, w której standardowe zasady się nie wpisuję. Przynajmniej na razie.

Wybieram zatem możliwość, którą daje mi system.

Ten sam, który umieszcza dzieci w szufladkach i często odmienność postrzega jako problem. Nie narzekam, nie obrażam się, a wybieram to, co jest dla mnie dobre. Na jak długo? Zobaczymy. Czas i zmieniające się potrzeby Zachariasza to zweryfikują.
Tymczasem słucham i czytam o debatach na temat szkolnictwa, na temat edukacji w innych krajach, także w Finlandii, gdzie uczniowie uchodzą za najszczęśliwszych. Mimo że tamtejsze szkoły są powszechnie lubiane, a samopoczucie uczących się w nich dzieci generalnie nie powoduje konfliktów, rozważa się tam reformę edukacji. Taką, która całkowicie zlikwiduje nauczanie przedmiotów, w zamian za spotkania i omawianie przydatnych w życiu zdarzeń wraz z zajęciami praktycznymi uczącymi pracy, zarabiania, radzenia sobie ze stresem. Brzmi to fenomenalnie. Już sam fakt, że wchodzi w grę przydatna zmiana, która jest nieunikniona w przypadku rozwoju, sprawia, że serce rośnie. Nawet jeśli sytuacja nie wymaga interwencji natychmiastowej i rygorystycznej.
Cudownie byłoby nie doprowadzać do ostateczności i nie dokonywać diametralnej zmiany dopiero tam, gdzie stare już ani trochę nie działa. Umówmy się jednak, że każda kultura, każdy naród i społeczność rządzą się swoimi prawami. W tej kwestii ośmielam się napisać: lepiej późno, niż wcale.
W czasach, gdy małe dzieci często otwarcie mówią, że szkoły nie lubią, gdy u nastolatków stwierdza się fobię szkolną, a sami nauczyciele swoje własne dzieci przekierowują na nauczanie indywidualne lub edukację domową, zmiana jest cudownie za rogiem. Uczniowie z tzw. generacji Z, czyli ery internetu, to nie tylko umysły ścisłe skupione na grach komputerowych z oczami wpatrzonymi w smartfona. Przez te młode ludzkie procesory przechodzi wielokrotnie więcej niż kiedykolwiek przez nasze. Dziś zatem otwarte głowy przydają się nie tylko uczniom, którzy powinni łaknąć szkolnej wiedzy. Okazuje się, że paradoksalnie, najbardziej są one potrzebne pedagogom i rodzicom, którzy jakimś cudem potrzebują pojąć niepojęte.


REO POLECA

📻 REO EDU: Tak może wyglądać lekcja historii?! A twoje dziecko ma większe szanse na studiach!

 

Lidia Piechota
Znak firmowy EXTREMAMA. Kobieta, która rodzicielstwo traktuje z należytą starannością i uważnością. Blogerka. Zwierze społecznościowe. Spotkasz ją na Instagramie i na FB. A jak spotkasz, będziesz czytać regularnie i niecierpliwie czekać na kolejny wpis.