📻 BYĆ WIEŚNIAKIEM: Super zmiana!

Zima lat 90-tych, czyli jak zmienić miejsce zamieszkania i wyraźnie się z tego cieszyć.

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito
Do tego zimno, nawet bardzo zimno – w starym poniemieckim domu z oryginalnymi oknami skrzynkowymi jeszcze sprzed wojny, mróz na szybach malował przecudnej urody kwiaty. A ja spałam w czapce i grubych wełnianych skarpetach mimo grubaśnej pierzyny, bo temperatura w pokoju spadała do 10 stopni C. Po chałupie często hulał wiatr, który czasem potrafił zawyć, zaskowyczeć. Całe zimowe życie toczyło się wokół walki o ogień i garnek gorącego pożywienia. Jakże odmienny rytm i styl życia niż w mieście, tym bardziej, że były to czasy bez komputerów, telefonów komórkowych, a w tamtym rejonie nawet stacjonarnych – jedynym łącznikiem ze światem był telefon u sołtysa…
Komunikacja z zaprzyjaźnionymi ludźmi była telepatyczna. Często myślało się o kimś i on się po prostu pojawiał, mimo odległości, czasem wielu kilometrów. Liczył się przede wszystkim kontakt autentyczny i niewymuszony – jakże mi dzisiaj tego czasem brak! Nie mieliśmy też telewizji i wcale nam jej nie brakowało.
Z lubością patrzyło się w trzaskające polana drewna i ogień w uchylonych drzwiczkach kaflowego pieca. Masa czasu na spacery po lesie, na kuligi i jazdę na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Tak, nie trzeba było się bać – po kilku nocach z temperaturą poniżej -20 stopni C warstwa lodu była na tyle gruba, że wędkarze jeździli maluchem na drugą stronę jeziora. Rytm dnia kręcił się wokół pieca i aury na zewnątrz – porąbać drewno, przynieść drewno, odśnieżyć dojazd, wybrać się do sklepu, ugotować jedzenie dla siebie i zwierząt.
Sprawa zarabiania pieniędzy też fantastyczna – wtedy cały miesiąc można było przeżyć za 100 marek niemieckich, które zarabiało się w mig, a granica była o rzut beretem – żyć, nie umierać! Piękne czasy i piękne okoliczności przyrody. Wtedy mało kto interesował się ekologią, a miejscowi rolnicy z braku kasy byli po prostu ekologiczni – nie posypywali chemią wszystkiego jak leci, bo nie było ich na to stać, a oprysk ziemniaków robili tylko nieliczni.
Kupowało się więc worki ziemniaków i cebuli na zimę, a do tego mięso na bieżąco od rzeźnika z tej samej wsi – świadomości wtedy nie było aż takiej, choć z biegiem lat przybywało w naszych kręgach wegetarian. Miejscowi i tak patrzyli na nas jak na dziwaków i wariatów, którzy nie wiadomo po co i dlaczego poopuszczali wspaniałe, mlekiem i miodem płynące wielkie miasta i przyjechali na to zadupie, na sam koniec świata Pamiętam nawet i reakcje pukania się w głowę, żeby z Warszawy tu, na tę wiochę i bidę z nędzą przyjechać!
Nie było łatwo – jest taki filmik na You Tubie Domek w Karkonoszach i jest w nim samo sedno. Jak przetrwasz jedną zimę i nie wymiękniesz, to przetrwasz i drugą, jak drugą to i trzecią i tak dalej. Byli tacy, którzy po jednej wracali tam skąd przyjechali i tacy, którzy mieszkają w górach do dzisiaj. Ja przeżyłam 22 zimy, o ile dobrze liczę, i po czterech latach w mieście coraz częściej tęsknię. Nie za zimą i zimnem, bo tych prawdziwych śnieżnych zim od kilku lat w związku z ewidentnym ociepleniem klimatu już nie ma, ale za innym rytmem, za czasem spędzanym na podziwianiu i obcowaniu z naturą i przede wszystkim drugim człowiekiem – spotkanym nie tylko na składanej wizycie, ale na drodze czy w sklepie. Za banalnymi nawet rozmowami, na które zawsze był czas, rozmowami o przyziemnych sprawach zamiast wirtualnej rzeczywistości.
Nasze dzieci, z którymi tam przyjechaliśmy miały po kilka lat, drugi rzut to dzieciaki, które urodziły się na wsi. Było coś w tym wszystkim uroczo magicznego, bo ekipa naszych kilku zaprzyjaźnionych rodzin miała dzieciaki w podobnym wieku – kilkoro było nawet z tego samego rocznika. A potem kilka dziewczyn jakoś  hurtowo zaszło w ciążę i był kolejny wysyp w 1994 i 95 r., więc cała gromadka poszła do szkoły do tej samej klasy.
Dzieci wszystkie zdrowe, odporne i samodzielne, zaprawione w bojach – nie było wśród nich alergików i słabeuszy. Kilkoro, w tym i moje, wypasione na kozim mleku i diecie vege, warzywkach z własnego biodynamicznego ogródka i starych odmianach owoców z poniemieckich sadów. W zimie byliśmy na diecie bogatej w domowej roboty kiszoną kapustę i dużą ilość buraków czy fasoli. Moje dzieci naprawdę nie wiedzą co to antybiotyki – w razie choroby serwowałam im herbatę z kwiatów lipy, sok z czarnego bzu, który jak i lipa rósł tradycyjnie przy każdym domu, a na kaszel napar z kwiatów podbiału zbieranych na łąkach wczesną wiosną. Do tego termofor i maść rozgrzewająca. Same naturalne i sprawdzone od pokoleń sposoby. Ciepłe łóżko i bycie obok, jaglanka i czasem rosołek w drodze wyjątku – gotowany długo i na wolnym ogniu, zdziałać potrafi cuda. W tej naszej wiejskiej, sielskiej rzeczywistości rozgrzewał i dawał sił do wstania na nogi i powrotu do harców na śniegu i lodzie. Do dziś wspominamy z dziećmi te lata przeżyte na wsi z rozrzewnieniem. I srogie zimy z tradycyjnymi wyprawami do lasu po choinkę na święta, i zapachy, i emocje, których w mieście nie ma.