Jakub Dymek: Dziwna wojna prezydenta Trumpa

Czy „wojna handlowa" sięgnie Doliny Krzemowej i przerodzi w globalny konflikt czy może nie będzie jej wcale?

fot. flickr.com, The White House

Kapitał odzyskuje narodowość. Podstawowym założeniem globalizacji ostatnich trzydziestu lat (chciałoby się powiedzieć zachodniej globalizacji, ale pachnie to tautologią) było przyjęcie, że kapitał albo narodowości nie ma albo ostatecznie zostanie jej pozbawiony. Gdyby oparty na międzynarodowych wielostronnych umowach o wolnym handlu projekt globalizacji się ostatecznie domknął – a końcówka kadencji prezydenta Baracka Obamy zwiastowała taką kolej rzeczy – nie miałoby znaczenia, czy importujemy produkt spożywczy z Czech czy samochód z USA.

Wymiana handlowa i inwestycyjna z bliskim sąsiadem miałaby podlegać tym samym ponadpaństwowym regułom i standardom, co z krajem na drugiej półkuli – o ile obowiązuje nas ta sama umowa. Państwa miałyby daleko ograniczoną możliwość wprowadzania regulacji czy obostrzeń dla zagranicznych inwestorów, a nad tym, aby kapitał był traktowany po równo bez względu na ojczyznę, czuwałyby międzynarodowe sądy arbitrażowe. Koniec z protekcjonizmem, mnożeniem certyfikatów i licencji, nakładaniem ceł i podatków. Spełnione marzenie gospodarczego liberała.

Tyle tylko, że amerykańska kampania roku 2016 pogrzebała te plany. Donald Trump od początku zapowiadał, że wprowadzi jakieś ograniczenia (nie wspominając o budowie muru na granicy z Meksykiem), bo w zglobalizowanym świecie od trzydziestu lat Ameryka wyłącznie przegrywa. Hillary Clinton pod presją opinii publicznej – coraz bardziej wrogo nastawionej do tajemniczo brzmiących akronimów oznaczających kolejne umowy handlowe: NAFTA, CETA i TTIP – także zmieniła kurs. W trakcie kampanii wycofała się ze swojego poparcia dla utworzenia strefy wolnego handlu państw Pacyfiku, umowy TPP.

Donald Trump od początku zapowiadał, że wprowadzi jakieś ograniczenia – nie wspominając jednak o budowie muru na granicy z Meksykiem.

Samo to ostatnie wydarzenie było dla wizji globalizacji opartej o wolny handel ciosem, ale zarazem w zapowiedzi Trumpa – że naprawdę tym Chińczykom pokaże, gdzie ich miejsce – mało kto z ekspertek i ekspertów wierzył. Aż do pewnego marcowego dnia 2018 roku.

Donald Trump stojąc w Gabinecie Owalnym w towarzystwie pracownic i pracowników sektora hutniczegonaszych ludzi od stali i aluminium, wyjątkowych ludzi – ogłosił wprowadzenie ceł na import stali i aluminium do Stanów Zjednoczonych.

Pobrzmiewając jak nomen omen Józef Stalin zadeklarował: stal to stal – bez stali nie ma kraju. Sąd poniekąd prawdziwy, z drugiej jednak strony dziwnie nieprzystający do dzisiejszej Ameryki; kraju, gdzie w górnictwie i przemyśle pracuje mniej niż 10% społeczeństwa. Prezydent jednak jak powiedział, tak zrobił – i korzystając z prawa wywodzącego się z czasów Zimnej Wojny wprowadził cła w sektorach ważnych dla bezpieczeństwa narodowego. Import stali objęty będzie 25% cłem, aluminium 10%. Wyłączeni z ceł mają być sąsiedzi z amerykańskiej strefy wolnego handlu: Meksyk i Kanada.

Część komentatorów już uruchomiła wewnętrzną Kasandrę i wieszczy globalną wojnę handlową na miarę tych sprzed wieku, które naprawdę w efekcie przyczyniły się do największego w historii konfliktu zbrojnego – wojny światowej.

Trzymając kciuki za pracowników amerykańskich hut i stalowni, trzeba jednak zauważyć, że wprowadzenie ceł może mieć skutki bardzo odmienne od planowanych.

Oczywiście, polityczną motywacją Trumpa było spełnienie wyborczej obietnicy i pokazanie, że zależy mu na miejscach pracy w Amerykańskim przemyśle. Część jego zwolenników już podkreśla, że zwiększenie krajowej produkcji stali i aluminium – o ile tak się stanie – oznacza realne etaty w zubożałych przez ucieczkę przemysłu regionach. A o to przecież chodziło. Trzymając kciuki za pracowników hut i stalowni amerykańskiego Midwestu, trzeba jednak zauważyć, że wprowadzenie ceł może mieć skutki bardzo odmienne od planowanych. Oto trzy z nich.

1. Przegrają amerykańscy rolnicy
W reportażu dla nowojorskiego Timesa Monica Davey i Patricia Cohen piszą o obawach wyborców z wiejskich regionów związanych z planami administracji. Owszem, cła mogą pomóc upadłemu przemysłowi wstać z kolan, ale ewentualne retorsje – a mówią już o nich i Chiny, i przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker – mogą uderzyć w wyborców z tych samych trumpowskich regionów, tylko pracujących na roli.

60% produkcji soi w Ameryce trafia na eksport. Chiny kupiły w samym 2016 roku amerykańską soję o wartości 14 miliardów dolarów. – W przypadku jakichkolwiek napięć handlowych z Chinami, eksport soi jest szczególnie narażony – tłumaczy przedstawiciel związku eksporterów tego zboża. Co na to Chińczycy? – Gdy polityka Donalda Trumpa w jakikolwiek sposób zagrozi naszym interesom, podejmiemy konieczne kroki, aby bronić swoich praw – to stanowisko chińskiego Ministerstwa Handlu.

Oczywiście, może być mowa wyłącznie o procesach i apelach do WTO, Światowej Organizacji Handlu. Ale równie prawdopodobne są reperkusje opierające się na cłach na amerykańskie produkty rolne. Co wtedy powiedzą wyborcy Trumpa z heartlandu?

2. Prawdziwa wojna handlowa wybuchnie o technologie
Jak przypomina zaś Washington Post, prawdziwa wojna handlowa XXI wieku między Stanami Zjednoczonymi i Chinami może wybuchnąć nie o stal, a o inny budulec współczesnego kapitalizmu: technologie i własność intelektualną.

Tekst Elisabeth Dwoskin zwraca uwagę na toczące się od sierpnia 2017 roku postępowanie podjęte przez biuro US Trade Representative – agencję rządową, niefortunnie po polsku tłumaczoną jako przedstawiciela handlowego USA, która trzyma pieczę nad handlem międzynarodowym Ameryki. Postępowanie ma wyjaśnić, czy Chiny stosują nieuczciwe praktyki wobec amerykańskiej branży technologicznej, które najogólniej należałoby nazwać kradzieżą lub wrogim przejęciem wiedzy i własności intelektualnej.

prawdziwa wojna handlowa XXI wieku między Stanami Zjednoczonymi i Chinami może wybuchnąć o inny budulec współczesnego kapitalizmu: technologie i własność intelektualną.

Szerszym kontekstem tego zarzutu jest wyjątkowa pozycja Chin w Światowej Organizacji Handlu i w wymianie handlowej w ogóle. Krytycy chińskich posunięć podkreślają, że Kraj Środka wykorzystuje wszystkie przewagi i przywileje przynależności do Światowej Organizacji Handlu, aby zwiększać wartość i wolumin swojego eksportu. Zarazem same wcale nie liberalizują gospodarki, lecz wprowadzają bariery i prowadzą politykę planowania, która uniemożliwia największym (czyli: amerykańskim) firmom technologicznym pełne wejście na chiński rynek.

Amerykanie podejrzewają zaś, że Chińczycy tak chętnie inwestują w Dolinie Krzemowej, aby w ten sposób pozyskiwać technologie i rozwiązania, które następnie chcą rozwijać u siebie lub przekazać komunistycznemu rządowi. Jeżeli wyniki postępowania potwierdzą te podejrzenia, administracja Trumpa – sugeruje Postmoże zakazać inwestycji w jakiekolwiek istotne technologie wytwarzane w USA firmom, inwestorom i osobom prywatnym jakkolwiek powiązanym finansowo z rządem Chin.

Dumping cenowy stali i aluminium to grosze w porównaniu z kwotami, o jakich mowa w przypadku kradzieży technologii – tłumaczy w tekście Lori Wallach z grupy watchdogowej Public Citizen.

3. Żadnej wojny nie będzie i nikt jej nie wygra
Z drugiej (trzeciej?) strony: żadnej wojny może nie być, pomimo gorącej retoryki i rozgrzanych głów komentatorów. Import stali z Chin stanowi zaledwie 2% ogółu importu tego metalu przez Amerykanów. Chińscy eksporterzy zaś, jeśli chcą, mogą spróbować obejść zakaz i kierować swoją stal przez pośredników z krajów, których nie obowiązują cła. Oba kraje – o ile na przykład rzeczywiście prewencyjnie nie zareaguje wcześniej Europa – mogą z pragmatycznych powodów zarazem trzymać się ostrej retoryki, a faktycznie zakulisowo dogadywać się, aby maksymalnie ograniczyć negatywne konsekwencje dla obu gospodarek. Nie byłaby to wcale nowość: Stany Zjednoczone rozmawiały w ten sposób nawet z najbardziej zapiekłymi wrogami w Pjongjangu i Teheranie.

Oba kraje mogą z pragmatycznych powodów zarazem trzymać się ostrej retoryki, a faktycznie zakulisowo się dogadywać.

Co więcej, poprzednie administracje – z Białym Domem Obamy włącznie – wprowadzały już ograniczenia dla importu z zagranicy, także z Chin, i nie kończyło się to dotychczas gorącą wojną handlową – ale co najwyżej tarciami. Donald Trump robi coś dużo bardziej spektakularnego, ale w gruncie rzeczy i jemu prawdopodobnie nie zależy na takiej eskalacji tego konfliktu, który realnie mógłby amerykańskiej gospodarce zaszkodzić.

A do tego, choć handel międzynarodowy i nieskrępowana globalizacja nie mają dziś najlepszej prasy, wciąż – i w Chinach, i USA, i Europie – liczący się gracze na najwyższych szczeblach naprawdę nie chcieliby kompletnego zmiany przyjętych obyczajów. Protekcjonizm to jedno, ale licytacja na sankcje i wrogie embarga to jednak coś z innej ligi. 

Dziwna to wojna, której zwycięzców i przegranych ogłoszono zawczasu, a przy tym właściwie nie ma zgody, czy ona już trwa, czy może w ogóle jej nie będzie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here