PODNIEBNY PROJEKT. Ile waży woda?

Kultura organizacyjna może fascynować

AUDIO REO. Posłuchaj nagranego artykułu. Czyta Hubert Augustyniak. 5’06”

 

Kilka lat temu byłem w dużej firmie produkującej sprzęt wojskowy i cywilny. Po rozmowach poprosiliśmy, czy można byłoby zwiedzić halę, w której montowane są samoloty pasażerskie. Moją grupę oprowadzał inżynier, który został przedstawiony jako jeden z twórców nowego wówczas modelu samolotu. Gdy jeden z moich kolegów spytał naszego przewodnika, co konkretnie projektował, ten odpowiedział, że był jednym z twórców systemu spuszczania wody w ubikacjach w tym samolocie.

Zabrzmiało to mało prestiżowo, ale inżynier powiedział nam o tym z taką dumą, że od razu było jasne, iż to równie ważny element nowego modelu co silniki, skrzydła czy też system nawigacyjny. Konstruktor tymczasem zaczął tłumaczyć, że projektując samolot, który zabiera na pokład 300 pasażerów i będzie pokonywał trasy rzędu 10 tysięcy km, przyjmuje się założenie, że każdy może skorzystać z ubikacji do czterech razy w czasie lotu. Powyższe powoduje, że samolot musi zabrać na pokład ilość płynu do spłukiwania toalety, który ma wystarczyć na 1200 wizyt w WC. Przy czym zakłada się, że wielu pasażerów może mieć potrzebę więcej niż jednokrotnego spuszczenia wody (a dokładnie mieszanki wody ze środkami chemicznymi).

Delta-Airlines-Airbus-A319-100-Lavatory-Bathrooms-Photos
Toaleta w samolocie Delta Airlines, fot. mat.prom.

Innymi słowy samolot ma, o ile dobrze pamiętam, zbiornik, który pozwala spuścić wodę ponad 2500 razy. Jako że nasz przewodnik wraz ze swoim zespołem zdołali opracować technologię, w wyniku której zmniejszono ilość wody o bodaj 120 mililitrów, samolot w chwili startu ważył o prawie 300 kg mniej i zabierał na pokład nie tonę, a ca. 700 litrów wody. To zaś przemnożone przez setki lotów rocznie i dziesiątki samolotów dawało jednej z wiodących linii lotniczej oszczędności liczone w milionach dolarów.

Okazało się, że innowacja opiera się na odpowiedniej mieszance wody z chemikaliami, stworzeniu wysokiego ciśnienia w systemie (stąd znany każdemu, kto leciał kiedykolwiek samolotem charakterystyczny syk w momencie spuszczania wody), wyłożeniu samej muszli i rur teflonem, odpowiednim (optymalnie – możliwie bliskim) umiejscowieniu toalet, zbiorników wody i nieczystości.

Opowieść o projektowaniu podniebnej ubikacji była jedną z najbardziej wciągających, które usłyszałem w życiu.

Okazało się, że rzecz wydawałoby się tak banalna, wcale banalną nie jest. Historia ta przypomniała mi opowieść o tym, jak to prezes jednego z koncernów motoryzacyjnych z latach 90. zdołał obniżyć koszty o ponad dwa miliardy dolarów, uciekając się do tak tanich metod, jak renegocjowanie z dostawcami i uzyskanie niższej ceny uszczelek, bodaj o kilka centów na sztuce.

Nie to było jednak najważniejsze w tej wycieczce, która dla mnie przerodziła się z hobbistycznego zwiedzania fabryki w poznawanie zupełnie innej, fascynującej kultury organizacyjnej.

fot. unsplash.com, Florian Schneider

W mojej grupie był otóż inżynier z de facto upadłej polskiej fabryki, która kiedyś produkowała samoloty. W pewnym momencie zwrócił się on do naszego przewodnika, pytając go, czy umiałby zaprojektować samolot od A do Z, na co usłyszał, że oczywiście nie. Polak na to odpowiedział, że u niego w firmie niemal każdy inżynier byłby w stanie zaprojektować mały samolot rolniczy, ale wszyscy razem nie byliby w stanie zaprojektować nowoczesnego samolotu pasażerskiego.

Choć polskie szefostwo znało się na lotnictwie, to nie znało się na zarządzaniu, czyli na tym, jak optymalnie połączyć wiedzę i talenty ludzi. W zachodniej firmie tymczasem, wśród kilku tysięcy pracowników znalazłoby się zapewne kilku, którzy potrafiliby zaprojektować samolot, ale po połączeniu sił tych kilku tysięcy, wspólnie byli w stanie stać się jedną z dwóch firm, które zdominowały światowy rynek lotniczy.

Na końcu, gdy już się żegnaliśmy, podziękowaliśmy naszemu przewodnikowi za to, że znalazł czas na oprowadzenie nas po fabryce, na co on odparł, że to przecież jego praca. A gdy zobaczył nasze zdziwienie, dodał, że nowych ubikacji do samolotów nie projektuje się codziennie, a firma nie chce tracić inżynierów z technologią w głowie. Dlatego on i jego koledzy oprowadzają też wycieczki. Nie wytrzymałem i spytałem, czy to gorzej płatne niż praca inżynierska. Na co przewodnik odparł, że firma oszczędza na wadze samolotów, a nie na pracownikach. I to była kolejna lekcja.


REO POLECA

📻 PANI AI: Świetnie poradzi sobie bez energii z węgla