Donald Trump prędzej zaszkodzi, niż pomoże węglowi


Prezydent elekt USA Donald Trump po wygranych wyborach niezmienił się, jeśli chodzi o zdolność do zmienności poglądów. O porozumieniuklimatycznym, którego odrzucenie zapowiadał w kampanii, mówi teraz, że musi sięnad nim zastanowić. A sektorowi węglowemu, który obiecywał uratować, możeszybciej zaszkodzić niż jakoś pomóc.  

 

Trump powszechnie uważany jest za wielkiego rzecznikapotężnego rodzimego przemysłu wydobywczego. Za bardzo prawdopodobne uważa się,że jego przyszła administracja złagodzi pewne regulacje środowiskowe dla tegosektora. A to paradoksalnie może przypieczętować los górnictwa węgla, które wkampanii wyborczej Trump obiecywał ocalić. Dla węgla w USA przewagakonkurencyjna gazu zaczyna być coraz bardziej przytłaczająca. Jeżeli Trumpzłagodzi restrykcje środowiskowe, łatwiej będzie wydobywać również gaz. Czyli zpoprawy sytuacji węgla nic nie wyjdzie, bo przewaga gazu nie zmieni się anitrochę. Być może Trump będzie chciał przeforsować jakieś ulgi podatkowe dlaelektrowni węglowych. Ale zdaniem wielu analityków, bez drastycznego skokupopytu amerykański węgiel jest tak czy inaczej skazany na wymarcie. A wielkichinwestorów jak JPMorgan Chase czy Bank of America, którzy przestali finansowaćwęglowy biznes, nowy prezydent raczej nie przekona do zmiany tego podejścia.

 

Zresztą amerykańskie górnictwo węgla kamiennego jest dziśtylko cieniem dawnej potęgi. Co prawda cały sektor, włącznie z energetykąwęglową, to około pół miliona pracowników, ale według danych Departamentu Energii samych górników zostało niewieleponad 50 tys. Dla porównania energetyka wiatrowa zatrudnia 77 tys. ludzi. Aliczba miejsc pracy w sektorze fotowoltaiki błyskawicznie przyrasta iprzekracza już 300 tys.

 

Jest jeszcze problem ostatniego wielkiego przedsięwzięciaObamy – Clean Power Plan. Czyli pierwszych w historii federalnych norm emisji,które w powszchnej opinii, w ciągu 10 lat zakończą żywot niemal wszystkichelektrowni węglowych w USA. Zaskarżony przez prawie 30 stanów CPP utknął wsądzie. Trump zapowiadał oczywiście, że doprowadzi do obalenia planu, ale niejest to takie proste, a przede wszystkim nie będzie szybkie. Do zakończeniabatalii sądowej, która z pewnością oprze się o Sąd Najwyższy minie sporo czasu.Teoretycznie nowa administracja może wstrzymać proces sądowy i przerobićprzepisy, które jej się nie podobają. Tylko, że w amerykańskim systemie zajmieto lata. Po ostatnim wyroku CPP, nawet okrojony, stanie się prawem i znówpotrzeba mnóstwo czasu oraz dobrego uzasadnienia, aby go zmienić. Najszybsząścieżką byłoby uchwalenie specjalnej ustawy, „uśmiercającej” plan. To możliwe,ale tak czy inaczej trzeba poczekać na wyrok.

 

Z punktu widzenia firm energetycznych, to miesiące albo ilata niepewności co do przyszłości ich elektrowni węglowych. Wiele z nichzapewne dojdzie do wniosku, że zamiast drżeć o wynik batalii o CPP, mniejszymryzykiem będzie taką elektrownię zamknąć i przerzucić się na gaz.

 

Pozostaje jeszcze stosunek Trumpa do OZE. W kampaniideklarował, że zawsze twierdził, iż nie są one rozwiązaniem. W ostatnim,głośnym wywiadzie dla „New York Timesa” pastwił się nad wiatrakami, zabijającymi ptaki i wymagającymim ciągłych subsydiów, których on nie chce wypłacać.Przy okazji rozminął się z prawdą, twierdząc, że wszystkie wiatraki w Amerycepochodzą z importu. Wytknięto mu natychmiast, że np. GE produkuje turbiny namiejscu, ale nie zrobiło to żadnego wrażenia. Na określenie stosunku nowejadministracji do OZE  trzeba będzie więcpoczekać. Przy czym nie jest powiedziane, że nowy prezydent nie zmieni zdania inie stanie się entuzjastą energii odnawialnej. Dobrze zorientowani w temaciepodsuwają już nawet argument, jakim Trump mógłby wytłumaczyć zmianę poglądów –w końcu OZE produkują energię w oparciu o lokalne, amerykańskie – a nieimportowane – zasoby.

Wojciech Krzyczkowski
fot. Gage Skidmore/CC BY-SA 2.0

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here