📻 EGIPSKIE „BIZNESY” piórem i aparatem Artura Kulikowskiego

Egipt dla biznesmena z Europy to stan umysłu

AUDIO REO. Posłuchaj nagranego artykułu. Czyta Hubert Augustyniak. 9’37”


Słońce, morze, wiatr, żywność, złoto, ropa i gaz. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Teoretycznie za darmo. Dom można tu zbudować z pustynnego kamienia, do łowienia ryb nie potrzeba wędki – same przypływają, a surowce naturalne leżą tuż pod ziemią. Idealne warunki, by prowadzić dostatnie życie i robić wielkie interesy z całym światem. Jednak to pozory, bo już na wstępie jest problem. Problem nie do ogarnięcia dla człowieka wychowanego w cywilizacji łacińskiej. O którym kraju mowa? O Egipcie. To nie tylko państwo, w którym mieszka 100 milionów Arabów. Egipt to dla przeciętnego biznesmena z Europy stan umysłu. Niestety.


Takich bajkopisarzy ze świecą szukać. Wystarczy wejść wieczorem do przeciętnej knajpy i posłuchać, o czym przy paleniu sziszy opowiadają sobie Egipcjanie bez względu na wiek, zawód czy wyznanie. Każdy z nich snuje piękne wizje, że za chwilę będzie bardzo bogaty, zrobi interes życia lub że właśnie wpadł na genialny pomysł, który przyniesie mu furę pieniędzy. Potrzeba mu tylko partnera do pomocy, najlepiej biznesmena z zagranicy. Jeżeli takiego spotka na swojej drodze – nie da mu żyć. Będzie przekonywać, zachwalać… a gadać i nawijać makaron na uszy to Egipcjanie potrafią jak mało kto. I tak dzień w dzień.

Wszystkie fotografie: Hurghada24

Przysłuchując się temu przez ponad 15 lat, człowiek czuje się jakby przeżywał Dzień świstaka, ale to nie jest film. To proza dnia. Każdego dnia w Egipcie. Nie zliczę, ile cudownych biznesów proponowali mi Egipcjanie i ile możliwości współpracy sam im podsunąłem – i tym mniej zamożnym, i tym bardziej bogatym. Zawsze kończyło się tylko na rozmowach lub na zapewnieniach, że już za moment z całą pewnością to zrobimy, ale… nie dziś.

Gdy przychodziło co do czego, rozpoczęcie współpracy trzeba było przenieść na bardziej odpowiedni termin. Później kontakt się urywał a telefon milczał jak zaklęty. Oczywiście nigdy nic z tego nie wychodziło. Podobnych przypadków znam dziesiątki, jeżeli nie setki. To bardzo frustrujące. Nie ma się więc czemu dziwić, że, widząc to, cudzoziemcy – przyzwyczajeni do klasycznych reguł biznesowych obowiązujących choćby w Europie – po prostu odwracają się na pięcie i nie chcą z Egiptem mieć nic wspólnego. Na placu boju – z różnych przyczyn – pozostają tylko nieliczni. Oni w końcu wygrywają, jednak koszt osiągnięcia sukcesu jest ogromny.

Kilku facetów debatuje na jakiś niezwykle istotny – wydawałoby się temat? Wiedz, że nic się nie zadzieje

– Mentalność taka. Inne poczucie obowiązku, czasu, szacunku dla drugiego człowieka, niegospodarność czy olewactwo. Między sobą Egipcjanie też tacy są. Nie dotyczy to tylko cudzoziemców. Coś naobiecują, na coś się zgodzą, a później się z tego wycofują. Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, że dla Egipcjanina najważniejsze w życiu słowo, to „inszallah”, czyli zrobimy coś „jak Bóg pozwoli” – mówi Piotr Ibrahim Kalwas, najbardziej znany polski Egipcjanin, pisarz, który od kilkunastu lat mieszka w Aleksandrii.

– To inny świat. Generalnie, przeciętny mieszkaniec tego kraju to dobry i miły człowiek, ale o kompletnie innej mentalności niż np. Polak. Wspólnych cech mamy niewiele. Może trochę podobieństw jest w kwestiach religijnych – dodaje Kalwas, autor książki Egipt Haram Halal, w której próbował przedstawić i wytłumaczyć egipską mentalność po ośmiu latach szczegółowej obserwacji obywateli tego kraju.

Podobne spostrzeżenia, nie tylko co do Egiptu, ale i innych państw afrykańskich ma Michał Nizgorski, wiceprezes Ursusa, firmy, która słynie z eksportu traktorów na ten kontynent. – To nie jest łatwy rynek. Biurokracja jest wręcz nieprawdopodobna. Człowiek nabiera szacunku dla biurokracji w Polsce. System prawny jest strasznie skomplikowany, przejrzystość przepisów niewielka, liczba urzędów niesamowita. Jedne opiniują, inne wydają zgody, jeszcze inne pozwolenia. Trzeba zakładać poślizg w realizacji nawet najmniejszej inwestycji nawet do roku, choć teoretycznie wszystko powinno zająć góra dwa, trzy miesiące. Tam nie działa czas. Zegarek jest niepotrzebny. Trudno zrozumieć mentalność tych ludzi.

Opiszę tylko dwa przykłady z własnego doświadczenia, by choć w niewielkim stopniu przybliżyć mentalność Egipcjan i ich stosunek do życia, pieniądza i drugiego człowieka.

Przez ponad 5 lat współpracowałem z developerem, który zbudował w Hurghadzie piękny kompleks wypoczynkowo-turystyczny. Nie był to klasyczny hotel, a miejsce, gdzie można było kupić dla siebie apartament, by później wynajmować go dla innych (kiedy stoi pusty). Sprzedaż szła opornie, bo ceny były wysokie. Oczkiem w głowie był największy i najpiękniejszy gigaapartament, który kosztował milion sto tysięcy dolarów.

Płatności można było dokonywać w ratach rozłożonych na kilka lat. Pomimo tego nikt go nie chciał kupić, aż do momentu, gdy pojawił się znany polski muzyk. Powiedział: – Kupuję. Płacę od razu, ale nie milion sto tysięcy, a równy milion. Sprzedajesz? Na co egipski developer stwierdził: – Inszallah. Następnego dnia, po namyśle dał ostateczną odpowiedź: – Nie sprzedaję. Tu nie chodzi o Twoje pieniądze i o Ciebie. Bóg podpowiedział mi, że jeszcze nie czas na Interes Mojego Życia.

W Egipcie prawdziwym przysmakiem są polskie jabłka. Takie zwykłe, które kupimy na każdym bazarze najwyżej po 2 złote za kilogram. W skupie sprzedawane są u nas za 30/40 groszy. Za te same jabłka w Egipcie można uzyskać nawet 20 funtów, czyli ponad 4 złote za kilogram. Wydawałoby się, że to interes marzeń, tym bardziej, że popyt na nie jest w Egipcie wręcz nieprawdopodobny. Problemem jest tylko sprawny transport owoców w specjalnych chłodniach frachtem przez polskie lub słoweńskie porty morskie i znalezienie odbiorcy na miejscu. Jednak i to dało się załatwić. Zysk z jednej dostawy wynosiłby 10 tysięcy dolarów. Przygotowania do pierwszego frachtu trwały ponad pół roku. Wszystko było już dogadane i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, gdy nagle egipski odbiorca w krótkim SMS-ie napisał do mnie: „Nie jest mi ten interes potrzebny do szczęścia. Poza tym nie mogę wykorzystywać moich rodaków i sprzedawać im towaru, na który ich nie stać. I kropka, po interesie. Sprawa została zamknięta jednostronnie w ciągu zaledwie kilkunastu sekund.

By zrozumieć proces podejmowania decyzji przez Egipcjan trzeba spojrzeć na historię tego kraju. W zasadzie od zawsze pojedynczy człowiek wykonywał czyjeś polecenia. Jak nie nakazy Faraonów, to edykty królów czy dekrety dyktatorów. Od wieków przeciętny Egipcjanin zwolniony był z odpowiedzialności za swoje decyzje, ba – sam tych decyzji nie musiał podejmować. Teraz, gdy już może decydować o własnym losie i poziomie życia woli być ostrożnym. Do przesady ostrożnym. Jeżeli ktoś Egipcjaninowi czegoś nie nakaże, ten niczego z własnej woli nie zrobi. Stąd dominuje tu tumiwisizm i przekonanie, że ktoś inny za nas wszystko załatwi.

To jest właśnie ta mentalność, której my – europejczycy – nie pojmujemy i która tak naprawdę blokuje rozwój gospodarczy i społeczny Egiptu. System nakazowo-rozdzielczy ma się tu dobrze od tysięcy lat. O wszystkim decyduje dziś prezydent, rząd, albo gubernator. To obecni „władcy Egiptu” zmuszają swoich podwładnych, by ci oszczędzali wodę i prąd, wyrzucali śmieci do kosza, dbali o środowisko, korzystali z energii odnawialnej, czy zdrowo jedli i przechodzili okresowe badania.

Czy mentalność Egipcjan kiedykolwiek się zmieni? Na to pytanie jest tylko jedna odpowiedź: Inszallah.


REO POLECA

📻 REO KULISY: Arktyka topnieje ku radości Rosjan