📻 DO AZJI KAMPEREM. Z Mellerem. Odcinek 1. Ruszyli

Rozpoczynamy podróżniczy serial REO. 2+1: Andrzej, Eleonora i 25-letni Mercedes i do jazdy i do noclegów

AUDIO REO. Posłuchaj nagranego artykułu. Czyta Danuta Stachyra. 08’25”
Jest koniec lutego 2019 roku i jestem w podróży z Eleonorą, żoną. Wybieramy się w podróż przez Azję kamperem – starym, 25-letnim Mercedesem. Chcemy odwiedzić miasta o magicznych nazwach: Herat, Mazar-i Szarif, Kabul oraz dość bezludny Korytarz Wachański. Wcześniej przejedziemy Turcję, Kaukaz Południowy i Iran.

Co nasz kamper robi w nocy?

Długo planowałem tę podróż, ale albo nie miałem kampera, albo brakowało na nią pieniędzy, albo w końcu sytuacja polityczna w regionie była na tyle niebezpieczna, że lepiej było pozostać w domu.

Wcześniej trzykrotnie jeździłem do Indii lądem nieco zmodyfikowanym byłym szlakiem hippisowskim. Bo hippisi do radzieckiej inwazji na Afganistan jeździli na Goa prosto przez Kabul. Do dziś w afgańskiej stolicy można odnaleźć groby rokendrolowców, którzy w latach 70-tych padli na placu boju od miejscowej, czystej i taniej heroiny.

W Afganistanie potem pracowałem. Wychodziłem z naszych baz wojskowych i jeździłem sobie gdzie chciałem, choć wywożący mnie za bramę kewlarowi Rambo pobierali dodatek bojowy i pukali się w czoło. Kraj mnie bardzo zaciekawił i pochłonął.

Teraz postanowiłem dojechać do niego kamperem, by pokazać parę miejsc żonie i napisać książkę z drogi. Może pojedziemy dalej, do Indii, kto wie, choć relacje pakistańsko-indyjskie po raz kolejny stanęły na krawędzi noża, po tym jak pod koniec lutego Pakistańczycy zestrzelili indyjskiego pilota. Ten ostatni ostrzeliwał obóz terrorystów, którzy parę dni wcześniej dokonali największego od dekad zamachu terrorystycznego na indyjską armię w Kaszmirze…

Selfik familijny z udziałem śniegu

* * *

Postanowiliśmy jak najszybciej uciec od zimna, nawet z tak prozaicznej przyczyny, że kiedy jest na minusie, to w kamperze zamarza woda, a pęknięta pompa może zepsuć całą podróż. Gnam więc do Stambułu co sił.

– W Stambule pada śnieg – odsłuchałem nagranie znajomego Serhata i oniemiałem.

Jak to śnieg? Dlaczego? Przecież ma być wiosna – pomyślałem i zacząłem sobie przypominać jak równiusieńko 20 lat wcześniej, jechałem po raz pierwszy do Indii. Między innymi przez Stambuł i Kapadocję, i nawet na starych slajdach widać, że (chudszy o 15 kg) chodzę w tiszertach pomiędzy skalnymi fallusami.

Czasu mamy sporo, ale mróz na naszej bałkańskiej trasie jest na tyle dokuczliwy, że chcemy jak najszybciej dostać się do ciepłej Turcji. Zwłaszcza, że w sierpniu przejechaliśmy tę trasę, żeby wypróbować samochód, więc znamy teren. W Transylwanii w nocy temperatura spada do minus 12 stopni. Grzeję trochę gazem, ale ponieważ nie wiem, ile go zostało w butli, to jestem ostrożny. Mrozu w kamperze nie ma, ale żeby było wysoko powyżej zera – tego nie jestem taki pewien. Przynajmniej para z ust nie leci. Wskakujemy do śpiworów i następnego dnia przeciskamy się przez bajkowe Góry Fogaraskie w stronę Bukaresztu.

Góry Fogaraskie

Bukaresztańskie plus 3 stopnie o godzinie 19 powoduje, że czujemy się prawie jak na Jamajce. W zasadzie nie trzeba grzać, bo od samego chuchania nasz dom na kółkach staje się ciepły, a park w którym śpimy znika wraz z parą pojawiającą się na oknach.

Następnego dnia cisnę ile wlezie, by podjechać pod samą turecką granicę. Przejeżdżamy przez most na Dunaju w miasteczku Russe i za plecami zostaje Rumunia, do której od połowy lat 90-tych mam ogromną słabość. Wjeżdżamy do Bułgarii, która latem mnie zszokowała. Nie byłem w niej od 2006 roku, a w sierpniu plażowaliśmy w kamperze w miejscowości Iraklea.

Przyroda cudna, kuchnia smaczna, ludzie przyjacielscy, ale kraj w ruinie i można odnieść wrażenie, że nawet w stosunku do lat 90. cofnął się i rozsypał jak zamek z piasku postawiony na plaży. Madmax z postsowiecką scenografią w tle, do tego wszędzie śmietnik jak w slumsach pod Mumbajem.

Kolorowi Romowie – dzieciarnia z mamą – targają chrust z lasu i za minaretem pierwszego meczetu na naszej trasie skręcają do bud, w których żyją. Ostatnie miasteczko przed Turcją nazywa się Mogiła… Akurat zachodzi olśniewające słońce i w miasteczku po zmroku pali się światło dosłownie w trzech oknach. Następnego ranka nad naszym wehikułem dumnie powiewa już czerwona flaga z półksiężycem, a ja płacąc za wizę mogę spojrzeć w błękitne oczy Mustafy Kemala Ataturka, który (jeszcze) spogląda z obrazka w biurze tureckich pograniczników.

– Po co jedziecie do Turcji? – pyta pogranicznik. – Ani pływać się nie da, ani opalać – dziwi się, a ja odpowiadam: – We don’t care.

Latem, kiedy żołnierzykowi na granicy podałem rosyjski paszport żony, spytał:
– Do you like mister Putin? Did you vote for mister Putin? – zagadywał złośliwie.
– Did you vote for mister Erdogan? – spytałem równie złośliwie i młodzian się przymknął raz i na zawsze.

Wcale nie jest ciepło w tej mitycznie gorącej Turcji. Są 4 stopnie na plusie, ale nie to jest najważniejsze. Wjeżdżamy niejako do bramy naszej azjatyckiej wojaży. Tu się wszystko rozpocznie. Tu pożegnamy Europę.

Po prawej faluje Morze Marmara, a 60 kilometrów przed Stambułem zaczyna się koszmarny korek. Dokładnie taki sam jak o siódmej rano w sierpniu. Turcy nie używają kierunkowskazów, ale za to znają niezłe tricki, które podchwytuję. Ze środkowego pasa przeciska się rządowa limuzyna na sygnale prowadzona przez policjanta na motorze. Wbijam się tuż za nią, dzięki czemu przeciskam się na luzie przez ocean tureckich Fiatów Muratów, rumuńskich Dacii i Mercedesów na niemieckich numerach, w których gnieżdżą się kobieciny w muzułmańskich chustach.

Tu kebabik, tam herbatka, trochę bliskowschodniej wachy i na Sultanahmed wjeżdżamy dopiero wraz z kolejnym zachodzącym słońcem wśród wyziębionych palm. Głosy muezinów z Błękitnego Meczetu, Sulejmaniji i setek innych zlewają się z buczeniem statków na Bosforze i piskiem mew.

Być może znany wam jest film „Kedi – sekretne życie kotów” o zwierzakach ulicy w Stambule. Na dachu, dla odmiany, udało nam się natknąć na odpoczywającego psa

Odgłosy Europy i Azji krzyżują się w jednym punkciku na mapie, który liczy więcej ludzi niż cała Rumunia i pięć Bułgarii razem wziętych. Jesteśmy w Stambule. Następnego dnia wychodzi wiosenne słońce, a my powoli planujemy nasz desant do Azji.

* * *

Andrzej Meller organizuje wyprawy do Azji z Conqueror Travel Club.

 


REO POLECA

WSZYSTKO DZIŚ ZGASŁO! Zaciemnione szpitale włączyły agregaty

Andrzej Meller
Andrzej Meller, pisarz i podróżnik. Instagram: @eamellers Autor książek reporterskich: „Miraż. Trzy lata w Azji”, „Zenga, Zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki” oraz „Czołem, nie ma hien. Wietnam, którego nie znacie”. Organizator wypraw do Azji z firmą Conqueror Travel Club.