Dawid Salamądry: Audyt energetyczny i co dalej?

Wiele niejasności, brak informacji.

fot. unsplash.com, Shane Rounce

Z końcem października ubiegłego roku skończył się czas na złożenie w Urzędzie Regulacji Energetyki, przez około pięć do sześciu tysięcy największych polskich przedsiębiorstw, informacji o wykonaniu audytu energetycznego, obejmującego 90% całkowitej gospodarki energetycznej firmy. Jakie problemy pojawiały się przed przedsiębiorstwami oraz audytorami w ciągu roku od wejścia nowego prawa w życie aż do końca ustawowego terminu? Gdzie zawiodła ustawa, gdzie urzędnicy, a gdzie rynek?

Ustawa o efektywności energetycznej weszła w życie 1. października 2016 r. Wprowadziła m.in. obowiązek przeprowadzenia audytu energetycznego dla dużych przedsiębiorstw do końca września 2017 r. i następnie złożenia go w ciągu 30 dni do Urzędu Regulacji Energetyki. Zgodnie z zapisami ustawy, audyt miał być przeprowadzony na podstawie reprezentatywnych, mierzonych i możliwych do zidentyfikowania danych dotyczących zużycia energii i powinien zawierać szczegółowy przegląd zużycia energii w budynkach lub zespołach budynków, w instalacjach przemysłowych oraz w transporcie, odpowiadających łącznie za co najmniej 90% całkowitego zużycia energii przez to przedsiębiorstwo.

Zgodnie z definicją ustawową, dużym przedsiębiorcą jest ten, który w dwóch ostatnich latach obrotowych przed wejściem nowego prawa w życie zatrudniał więcej niż 250 pracowników lub  osiągnął roczny obrót większy niż 50 milionów euro, a suma bilansu aktywów tego przedsiębiorstwa była wyższa niż 43 miliony euro. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w poprzednich latach blisko 3,5 tysiąca firm zatrudniało więcej niż 250 pracowników, a dodając do tego przedsiębiorstwa z wysokimi obrotami, ale z mniejszym składem osobowym lub te, w których większość pracujących nie jest zatrudniona na podstawie umowy o pracę a w oparciu o umowy cywilnoprawne, łączna liczba podmiotów objętych obowiązkiem była szacowana na pięć do sześciu tysięcy.

Dla firm, które nie dopełniły swojego obowiązku przewidziano grzywny w wysokości nawet do 5% przychodów (nie zysku!) spółki.

O tym, że Ministerstwo Energii uważa temat audytów energetycznych za coś bardzo poważnego, najlepiej świadczy ustawowe zagrożenie karą nakładaną przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. Dla firm, które nie dopełniły swojego obowiązku przewidziano grzywny w wysokości nawet do 5% przychodów (nie zysku!) spółki. Żeby najlepiej zobrazować jak bardzo mogłoby to zaboleć każdego, kto zignorował lub przegapił konieczność wykonania audytu, niech posłuży przykład pewnej spółki z branży przetwórstwa rybnego, która w roku bazowym osiągnęła 2,5 mld zł przychodów – w tym przypadku prezes URE mógłby obciążyć ją karą nawet 125 milionów zł. I choć decyzja o nałożeniu kary jest czysto uznaniowa, to ciężko takiej firmie byłoby znaleźć wytłumaczenie.

Od samego początku ustawa spotykała się ze sporą krytyką, i to o dziwo nie ze strony firm którym mogły grozić tak potężne uszczuplenia ich budżetów, a ze strony samego środowiska audytorskiego. W związku z tym, że ustawa nie nałożyła ścisłych wymagań dla legitymowania się tytułem audytora, co więcej nie przewidziano w niej żadnych kar za niewłaściwe sporządzenie audytu, na rynku pojawiło się mnóstwo pseudo-fachowców, którzy oferowali swoje usługi za niewielkie pieniądze (kilka tysięcy złotych), a cały audyt obiecywali wykonać w kilka godzin. Dość powiedzieć, że profesjonalne podejście do tematu, w przykładowej małej spółce produkcyjnej z kilkoma budynkami, maszynami oraz flotą pojazdów to średnio kilkanaście dni ciężkiej pracy za kilkadziesiąt tysięcy zł.

Audytorzy, którzy swoją działalnością zajmowali się na długo przed wejściem ustawy w życie mówili wprost, że ustawa zepsuła zawód audytora. Zresztą, problemem był też dość krótki czas na wykonanie tak dużej liczby ogromnych przedsięwzięć, jakimi bez wątpienia są tego typu audyty. Ich zakres wymagał bowiem wiedzy i doświadczenia w wielu obszarach gospodarki energochłonnej w przedsiębiorstwach, a ograniczona liczba specjalistów z różnych dziedzin (transportu, ciepłownictwa, budownictwa, elektroenergetyki itp.) stawiała pod znakiem zapytania samą możliwość wykonania rzetelnych procesów audytorskich wszystkich przedsiębiorstw objętych obowiązkiem wynikającym z ustawy o efektywności energetycznej.

w ustawie Zabrakło jednak przymuszenia podmiotów objętych obowiązkiem do wykonania audytów, do realizacji choćby części zaleceń audytorów.

Jeśli chodzi o ratio legis ustawy, URE tłumaczyło, że wprowadzenie tego uregulowania do ustawy stanowiło implementację art. 8 dyrektywy 2012/27/WE dotyczącej efektywności energetycznej, a celem było dostarczenie  informacji o potencjalnych oszczędnościach energii, a tym samym poprawie efektywności energetycznej. W tym kontekście dobrze przeprowadzone badanie należałoby postrzegać  jako narzędzie, które firma może (ale nie musi) wykorzystać  w celu poprawy efektywności. Zabrakło jednak w ustawie przymuszenia podmiotów objętych obowiązkiem do wykonania audytów do realizacji choćby części zaleceń audytorów, co skutkuje sytuacją, w której wielkie oszczędności mogą na zawsze pozostać tylko na papierze.

Wielkie oszczędności, bo zgodnie z informacjami przekazanymi niedawno przez URE do Ministerstwa Energii wynika, że do regulatora wpłynęło łącznie 3506 zawiadomień o przeprowadzeniu audytu energetycznego. Wynikające z przeprowadzenia audytów możliwe do uzyskania średnio roczne oszczędności energii finalnej, wyniosły prawie milion ton oleju ekwiwalentnego. Pomimo braku przymusu, przedsiębiorcy sami zachowaliby się nierozsądnie, gdyby już po wydaniu kilkudziesięciu lub kilkuset tysięcy złotych nie skorzystali z okazji żeby te zalecenia wprowadzić. Według prostych kalkulacji, średnioroczne oszczędności z tytułu wydatków za prąd mogłyby sięgnąć nawet 1,8 mld zł, nie wspominając o wsparciu w postaci sprzedaży białych certyfikatów, które po średniej cenie ok. 1000 zł/toe (tonę oleju ekwiwalentnego) dałyby im jednorazowo prawie miliard zł za samo tylko przeprowadzenie tych inwestycji.

Na razie jedynym obowiązkiem przedsiębiorców jest przechowywanie dokumentacji audytowej przez pięć lat, przed kolejną falą audytów w latach 2020-2021. URE tymczasem powinno zająć się karami dla tych, którzy audytu nie wykonali oraz tych, którzy spóźnili się z jego wykonaniem i złożeniem (byłoby co najmniej nie fair wobec tych, którzy dopilnowali swojego obowiązku gdyby spóźnialskim się upiekło). W międzyczasie, resort energii powinien poważnie przemyśleć nowelizację ustawy, tak aby za cztery lata nie popełniać tych samych błędów. Po pierwsze, powinny pojawić się wymagania dla audytorów oraz wprowadzenie odpowiedzialności za ich pracę, po drugie same firmy powinny czuć nie tylko zachętę, ale również przymus prawny do wdrożenia części audytorskich zaleceń. Wreszcie – same audyty powinna poprzedzać rzetelna kampania informacyjna, aby nikt nie mógł później powiedzieć, że nie został poinformowany o ciążącym na nim obowiązku.