Dawid Salamądry: Absolutnie zakazane w dyskusji o energetyce

Jakie błędy popełniamy w dyskusji próbując przekonać kogoś do swoich racji? Krótki ranking zachowań niedopuszczalnych.

fot. pixabay.com, suju

Jako energetycznemu symetryście, próbującemu znaleźć platformę porozumienia pomiędzy zwolennikami odnawialnych źródeł energii i stronnikami energetyki konwencjonalnej, przypadło mi zadanie wyznaczenia podstawowych zasad tej dyskusji. Jako że podstawowe kanony są powszechnie znane i odnoszą się do każdej merytorycznej polemiki, skupię się raczej na zagrywkach, które są absolutnie zakazane (tytułowe absolument interdit) i, których stosowanie kwalifikuje się na żółtą kartkę w debacie nad przyszłością energetyki.

Pamiętać o racji
Uzasadnienie każdej decyzji, prawnej i politycznej, powinno być zawsze konkretnie zdefiniowane i solidnie uargumentowane, w przeciwnym wypadku dochodzi do wypaczeń i potworków prawnych, takich jak niedawna propozycja wsparcia elektrowni węglowych (DOE’s NOPR) wyrażona przez amerykańskiego sekretarza energii, Ricka Perry’ego. Departament Energii stał się łatwym celem ataku przeciwników Trumpowskiego końca wojny z węglem, ponieważ do tworzenia przepisów zabrał się od niewłaściwej stron: najpierw znalazł rozwiązanie, a później – dość nieudolnie – próbował dobrać do niego uzasadnienie (do tego całkiem nielogiczne: ochrona sieci energetycznej poprzez dofinansowanie dla źródeł wytwarzania).

Jeśli jednak podmiot proponujący jakieś rozwiązanie zdoła właściwie określić rację danego celu, dalsza dyskusja na ten temat powinna zawsze obracać się wokół tej racji i nawet przechodząc głębiej, do poszczególnych środków, nie powinno się tracić celu z pola widzenia. I tak na przykład rynek mocy nie jest podatkiem węglowym, który ma służyć do subsydiowania energetyki konwencjonalnej, a raczej stanowi dla niej zadośćuczynienie za pozostawanie zabezpieczeniem dla energetyki wiatrowej i solarnej, gwarantując jej dalszy rozwój.  Podobnie rzecz ma się z tzw. celami OZE – nie są one celem samym w sobie, ale odwoływać się trzeba zawsze do głównej racji – potencjalnych konsekwencji zmian klimatycznych.

Największy problem z zagubieniem ratio legis w trakcie tworzenia przepisów miałem w ubiegłym roku, prowadząc dyskusję z minister Jadwigą Emilewicz, która była odpowiedzialna za przygotowanie rozporządzenia o normach jakości dla kotłów na paliwo stałe. Celem nadrzędnym powinno być tutaj ograniczenie emisji, dlatego byłem wyjątkowo poirytowany, kiedy mój argument, że wg niektórych badań emisyjności kotłów trzeciej klasy z paliwem do nich przeznaczonym (którego na rynku jest pod dostatkiem) i emisyjności kotłów klasy, w których palimy węglem niezgodnym z Dokumentacją Techniczno-Ruchową (którego na rynku brakuje), są mniej więcej na tym samym poziomie, spotkał się z milczeniem ze strony resortu rozwoju, chociaż stawką były duże pieniądze.

Luka płacowa ma lukę w rozumowaniu
Kolejny problem, który często pojawia się w dyskusjach jest niejako powiązany z ratio legis, ale zazwyczaj powstaje od drugiej strony problemu, tj. kiedy dyskutujący próbują znaleźć uzasadnienie jakichś procesów. W powszechnych dyskusjach światopoglądowych bardzo często można go dostrzec np. w debatach na temat tzw. wage gap, czyli różnicy między średnim wynagrodzeniem kobiet i mężczyzn. Osoby podnoszące ten problem nie zastanawiają się, że wynika to przede wszystkim ze sposobu wyliczania tej różnicy (średnia wszystkich wynagrodzeń dla przedstawicieli obu płci, bez podziału m.in. na czas pracy i zakres obowiązków), a winę zrzucają po prostu na dyskryminację płci i raz zakorzeniony w społeczeństwie patriarchat.

W energetyce często spotykam się po stronie osób zaangażowanych w sektor paliw konwencjonalnych z bezmyślnym zarzutem, że polityka antywęglowa Unii Europejskiej lub działania samych ekologów wynikają z czystej niechęci lub wręcz ślepej nienawiści wobec węgla, podczas gdy brakuje w tych zarzutach solidnej analizy, z czego taka polityka lub działania faktycznie wynikają. Zamiast skupiać się na emocjach, komentujący taki stan rzeczy powinni najpierw zajrzeć w głąb przyczyn i rozumowania drugiej strony sporu.

Czerwona kartka za szantaż
O ile poprzednie przewinienia kwalifikują się na żółtą kartkę, kolejny i ostatni w tym zestawieniu przypadek, to już absolutnie faul zasługujący na czerwony kartonik. Szantaż emocjonalny, czyli manipulacja odwołująca się do osobistych uczuć przeciwnika, moim zdaniem powinna wykluczać osoby ją stosujące z dalszej dyskusji. Przewinienie na tyle karygodne, że raczej wszyscy starają się go unikać, ale wraca często np. w dyskusjach na temat przerywania ciąży, gdzie pro-choice’owcy jako ostatecznego argumentu używają zagrywki typu a gdyby to Twoja żona/córka/siostra padła ofiarą przemocy seksualnej – czy dalej byłbyś przeciwko aborcji.

Na szczęście w rozmowach o energetyce rzadko spotykane, niemniej postanowiłem przywołać, ponieważ w poprzednich latach dwukrotnie się z tym spotkałem w prywatnych rozmowach przy okazji smogu. Pierwszy dyskutant zarzucił mi, że nie powinienem się w ogóle wypowiadać w tym temacie, ponieważ jako mieszkaniec Gdańska nie rozumiem problemów krakowian. Z innym rodzajem szantażu miałem do czynienia przed rokiem, kiedy mój przeciwnik wyskoczył z: – A gdyby Twoje dziecko miało astmę – czy wtedy domagałbyś się podjęcia radykalnych kroków w walce z zanieczyszczonym powietrzem?. Szantaż emocjonalny nie odwołuje się do zasad i argumentów,  dlatego w żadnej dyskusji nie powinien być nawet honorowany jakąkolwiek odpowiedzią.