Wybory samorządowe odbędą się w niedzielę, 21 października 2018 roku. Srogi to może być dzień dla nieudolnych polityków lokalnych, a radość i duma dla dobrych liderów.
Zwykle wybory władz lokalnych cieszą się największą frekwencją. Jak zareagują wyborcy jesienią tego roku, nieco już zmęczeni POPiSowym klinczem? Czy partyjna polityka powinna być obecna na lokalnym poziomie? 

Przed nami najważniejsza elekcja z perspektywy przeciętnego mieszkańca – wybory samorządowe. To właśnie podczas tych wyborów wybieramy swoich przedstawicieli, którzy będą dbali o nasze najdrobniejsze sprawy: chodniki, parki czy ogólny stan infrastruktury miejskiej.

Teraz radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów będziemy wybierali na okres 5 lat, a nie na 4-letnie kadencje, jak to było do tej pory. Stało się to na skutek zmian w ordynacji wyborczej, które zostały przeforsowane przez Prawo i Sprawiedliwość.

Ciężko oceniać, na ile te zmiany przełożą się na wyniki, jeżeli w ogóle taki wpływ będą miały. Politycy często przed rozmaitymi wyborami decydują się na zmiany w przepisach tak, aby zwiększyć szanse swoich formacji. Warto jednak pamiętać, że w samorządzie: im mniej polityki a więcej kreatywnych pomysłów, tym lepiej.

Samorząd zasadniczo różni się od parlamentu

Tutaj wielkim atutem jest niezależność, a wręcz bezpartyjność. Oczywiście, bycie w partii to żaden zarzut, ale nie może być też tak, że mieszkańcy stają się zakładnikami w politycznych rozgrywkach. Mówiąc najprościej: nie może być tak, że interes partii jest nadrzędny wobec interesów mieszkańców.

To jedna z głównych bolączek, z którymi boryka się wiele samorządów w Polsce. W wielu miastach, wzorem administracji centralnej, samorządy stały się przechowalnią dla partyjnych działaczy. Będąc niezależnym, jedynym pracodawcą mieszkańców miast, na rzecz których pracują.

Od 2005 roku żyjemy w tzw. POPiS-ie

To niestety coraz częściej przekłada się na tematy stricte samorządowe. POPiS to duopol czołowych partii politycznych, które od 13 lat rządzą Polską na szczeblu centralnym, ale mają również olbrzymi wpływ na wiele jednostek samorządu terytorialnego.

Jakiś czas temu mieliśmy klasyczny przykład POPiS-owej wojny. Otóż w ramach ustawy dekomunizacyjnej trzeba było zmienić nazwy poszczególnych ulic. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji. Co kilka miesięcy mieliśmy zmiany: raz zmieniała to Rada Warszawy, gdzie większość ma Platforma Obywatelska, a raz wojewoda mazowiecki z Prawa i Sprawiedliwości.

Kolejny jałowy spór, który wynikał, z jakby się mogło wydawać, wzajemnej niechęci między PO, a PiS-em. Słowo jakby nie jest tutaj przypadkowe. Przecież PO i PiS egzystują na zasadzie symbiozy. Niestety takich przypadków w samorządzie, a zwłaszcza w samorządzie warszawskim, jest dużo więcej.

Ten partyjny klincz trwa w najlepsze

Tyle tylko, że na tym traci zwykły mieszkaniec, którego ta sytuacja nie powinna w ogóle dotykać. A potem się okazuje, że jednego dnia mieszka się przy ulicy Armii Ludowej, drugiego dnia przy ulicy Lecha Kaczyńskiego, a trzeciego przy Trasie Łazienkowskiej. A to wszystko li i wyłącznie w imię politycznych gierek.

Ostatnie lata wypełniały też przepychanki samorządowych władz Warszawy z administracją rządową, dotyczące chociażby pomników upamiętniających katastrofę smoleńską.
Doszło nawet do takiego absurdu, że rząd zajął plac Piłsudskiego. Po to, aby w sposób siłowy umożliwić budowę pomnika Ofiar Katastrofy Smoleńskiej, a przecież jeden stoi już na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Budowa pomnika wymaga uzyskania pozwolenia na budowę. Przy czym, wobec braku miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, pozwolenie powinno być poprzedzone decyzją o warunkach zabudowy wydawaną przez ratusz. A jednak wojewoda zatwierdził projekt i udzielił pozwolenia na budowę pomnika Ofiar Katastrofy Smoleńskiej przy placu Piłsudskiego w Warszawie.

Stołeczny Ratusz został pominięty w procesie decyzyjnym, choć leży to w jego kompetencjach. Władze centralne nie licząc się z nikim i z niczym w sposób bulwersujący weszły w buty władz samorządowych. Dla mnie była to zwyczajna samowola budowlana. Zresztą władze Warszawy skierowały stosowne pisma do prokuratury.

Dlatego też, nie przypadkiem użyłem sformułowania zakładnik.

Nie ma nic gorszego niż przenoszenie polityki krajowej do samorządu, a tak się często dzieje za sprawą dwóch głównych partii, które dla politycznego zysku traktują wyborców jak zakładników.

Nie powinien zatem dziwić fakt, że w coraz to większej ilości miast, wyborcy decydują się zaufać kandydatom niezależnym czy bezpartyjnym. Ci bowiem, przynajmniej w teorii, nie są w żaden sposób uwikłani w partyjną grę interesów.

Przykładów jest naprawdę mnóstwo: Wrocław, Kraków, Gdynia czy Katowice. Jeszcze większa ilość niezależnych i bezpartyjnych kandydatów występuje wśród burmistrzów i wójtów. Ciekawym zjawiskiem jest też to, że poszczególni prezydenci, którzy swój mandat uzyskiwali pod partyjnym szyldem, w końcu również się uniezależniają. Taki schemat przerabialiśmy w Sopocie czy w Zielonej Górze.

Wyborcy są zmęczeni

Wielu wyborców jest po prostu zmęczonych POPiS-ową wojną i daje politykom związanym z tymi ugrupowaniami czerwoną kartkę. Gospodarz miasta czy gminy musi być wykonawcą woli mieszkańców, a nie rozkazów partyjnych bonzów, które często sprowadzają się do tego, w jakiej spółce należy zatrudnić danego działacza.

W ostatnich latach głośno było o PiSiewiczach (osobach często bez wykształcenia, bez doświadczenia, bez kompetencji, ale zawsze z poparciem PiS, beneficjentach dobrej zmiany) zatrudnianych w administracji rządowej i w spółkach skarbu państwa. Bez trudu byśmy mogli znaleźć podobne osoby w samorządach.

Jest rzeczą oczywistą, że ludzie muszą gdzieś pracować, ale dobierani powinni być według klucza kompetencji i doświadczenia, adekwatnie do swoich umiejętności. Prezydent czy burmistrz musi mieć współpracowników, którym ufa i na których może delegować poszczególne zadania.

Każdy z nas powinien głęboko przemyśleć na kogo zagłosuje, aby roztropnie wskazać władze samorządowe, które przez kolejnych pięć lat będą odpowiadały za kluczowe sprawy miasta czy gminy. Im dany kandydat będzie miał więcej niezależności, tym większa szansa na rozwiązywanie spraw bez służalczości wobec regionalnego szefa partii.



Grzegorz Gruchalski – postępowy aktywista, lider Warszawskiego Forum Samorządowego i przewodniczący Rady Instytutu Rozwoju Warszawy. Zawodowo PR i nowe media, prywatnie fan Czerwonych Diabłów z Manchesteru, Star Wars i MCU.

Grzegorz Gruchalski – postępowy aktywista, lider Warszawskiego Forum Samorządowego i przewodniczący Rady Instytutu Rozwoju Warszawy. Zawodowo PR i nowe media, prywatnie fan Czerwonych Diabłów z Manchesteru, Star Wars i MCU.