Czy to celebryci napiszą Trumpowi politykę klimatyczną?


Wiadomo już, że Donald Trump na pewno zostanie 45.prezydentem USA. Wiadomo, kto obejmie kluczowe stanowiska w jego administracji,jeśli chodzi o środowisko i energię. Ale co będzie potem – to nadal pole dospekulacji, bo prosto brzmiące obietnice z kampanii wyborczej wcale takieproste w realizacji nie będą. Domysły zaczęły przypominać plotki z magazynów ocelebrytach, bo wątek „celebrycki” w całej sprawie może okazać sięnadspodziewanie silny.

Podejście władz federalnych do kwestii klimatu i energiina pewno się zmieni, ale jak i w jakim stopniu – to na razie zagadka. Na pewnoTrump jako prezydent nie będzie miał tyle władzy, by literalnie dosłownie swojeobietnice zrealizować, w krótkim czasie. Wiele z nich wymaga mnóstwa czasu,energii oraz współpracy z Kongresem, w którym z poparciem dla nowego prezydentamoże być różnie.

Trump np. obiecywał wycofanie się z porozumieniaparyskiego, które Barack Obama ratyfikował, nie oglądając się na zgodę Senatu. Inowy prezydent chociażby pierwszego dnia urzędowania może podpisać odwrotnydekret. Tylko że mechanizmy porozumienia przewidują, iż wyjście z niego zajmuje4 lata. Gigantyczna papierkowa robota przy tym może podziałać zniechęcająco.Jest jednak wyjście szybsze i bardziej radykalne – wystąpienie, też za pomocąjednego dekretu, z Konwencji Klimatycznej ONZ. Albo po prostu ignorowaniezapisów porozumienia, bo przecież nie przewidują one żadnych sankcji. Wszystkiete opcje pociągają jednak za sobą bardzo realne niebezpieczeństwo dlaamerykańskiego biznesu – w ramach retorsji najwięksi partnerzy handlowi USAmogą np. nałożyć na amerykańskie towary podatek węglowy. A to byłaby jużkatastrofa.

Trump może też wycofać się z finansowania GCF –ONZ-owskiego „zielonego” funduszu klimatycznego. Tylko, że amerykańskiezobowiązania opiewają raptem na 3 mld dolarów, z których 500 mln Obama jużwypłacił. Z perspektywy USA to kwoty niezauważalne. Poza tym wymagałoby tozgody Kongresu. Podobnie jak i do wycofania się z szeregu innych regulacjiObamy, takich jak słynny Clean Power Plan, zakazy federalnego subsydiowaniawydobycia węgla czy wierceń na terenach federalnych. A zgoda Kongresu wcale niejest przesądzona.

Trump obiecywał odebranie najważniejszych kompetencjifederalnej Agencji Ochrony Środowiska – EPA. Na razie na jej czele chcepostawić zajadłego wroga Agencji – Scotta Pruita. Tylko że najważniejszeustawy, których przestrzeganie nadzoruje EPA – Clean Air Act i Clean Water Actcieszą się w społeczeństwie olbrzymią popularnością. Która może zamienić się wewrogość wobec prezydenta, jeśli te regulacje zostaną obalone. EPA może coprawda przymykać oczy na ich przestrzeganie, ale liczne „watchdogs” pewnie juższykują pozwy na taki wypadek. W dodatku wiele tego typu regulacji leży w kompetencjiwładz stanowych. Trudno sobie wyobrazić, że ignorować je zaczynają np. władzeKalifornii. Chyba nie ma pewniejszej metody politycznego samobójstwa w tymstanie.  

Inna sprawa, że najbardziej twardogłowi kontestatorzyprzyczyn zmian klimatycznych z ekipy Trumpa to zwolennicy maksymalnejliberalizacji rynków energii. Co się dzieje na takich rynkach, wiadomo od dawna.Wystarczy spojrzeć na Europę albo chociażby na stan Teksas, gdzie bez takiejczy innej formy subsydiowania nie da się tam zbudować żadnej konwencjonalnejelektrowni. Za to świetnie radzą sobie OZE, Teksas jest np. potęgą jeśli chodzio energetykę wiatrową. Za to sztandarowymi inwestycjami – w toku alboplanowanymi – w stanach z bardziej regulowanymi rynkami są… elektrownieatomowe.  

I wreszcie wątek celebrycki, który też może mieć dużeznaczenie, bo Trump to przecież także celebryta i może się liczyć z głosem tegośrodowiska. Jako prezydent-elekt przyjął już – i nadał temu odpowiednią oprawę– liczne wpływowe osobistości z tych kręgów. W tym najgłośniejszych chybaaktywistów na rzecz walki ze zmianami klimatycznymi – Leonardo Di Caprio i AlaGore. Obydwaj przekonywali Trumpa do ich wizji i obydwaj oświadczyli potem, żerozmowy były bardzo interesujące i że będą kontynuowane. Przy czym w przypadkuGore’a pojawił się też wątek najstarszej córki Trumpa – Ivanki.

Otóż Gore, znienawidzony przez kontestatorów zmianklimatycznych były wiceprezydent, który m.in. dostał Nobla za swoją działalnośćna rzecz klimatu, a prezydenturę z George W. Bushem przegrał o włos, miałpoczątkowo rozmawiać tylko z Ivanką. Co do której głośno się już spekuluje, żebędzie odgrywać rolę „pierwszej damy”, a jednocześnie rzecznika walki zglobalnym ociepleniem. Jakie mogą być tego efekty – na razie nie wiadomo. Alewiadomo, że Ivanka ma na ojca wielki wpływ, a obracała się dotąd w„liberalno-celebryckich” kręgach związanych z Partią Demokratyczną, w którychkwestie klimatu są – mówiąc celebryckim językiem – na topie. Można jeszczedorzucić, że przyszły Sekretarz ds. Energii – Rick Perry także miał celebryckiezapędy – startował w miejscowym „Tańcu z gwiazdami”, ale dość szybko odpadł.

Tradycyjne lobby wydobywcze będzie miało u Trumpa bardzosilną pozycję. Ale czy lobby celebryckie nie jest już równie silne? Podobnoświat się zmienia.

Wojciech Krzyczkowski
fot. Pixabay

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here