Czy OZE szkodzą polskiemu systemowi elektroenergetycznemu?


Polski system elektroenergetyczny przeszedł w ostatnich dniach przezdwie rekordowo skrajne sytuacje. Co więcej, z punktu widzenia krytyków OZE byłyto właśnie sytuacje jasno i dobitnie pokazujące wręcz szkodliwość tych źródeł.Tymczasem nic się nie stało. Ani system się nie rozsypał, ani giełda nieoszalała.  

 

Energetyka wiatrowa nie ma ostatnio dobrej passy – jej rozwójzostał niemal całkowicie zahamowany przez wprowadzenie tzw. ustawyodległościowej, a istniejące wiatraki nie dostały obiecanej możliwości przejściado nowego systemu wsparcia, ponieważ pierwsze aukcje OZE nie przewidziałyudziału takich instalacji w sesjach. Do tego resort energii zdaje się nieomijać żadnej okazji, by wytknąć słabości energetyki wiatrowej. Jak donosiPolska Agencja Prasowa, ministerstwo planowało w tym roku skupować energięz wiatru, ale według wiceministra Andrzeja Piotrowskiego wiatraki okazały się „bardzo groźnedla systemu”. O czym mówi minister?

 

Najpoważniejszy i najczęściej formułowany zarzut pod adresemwiatraków i fotowoltaiki to ich niedyspozycyjność, czyli niedostosowanieprodukcji do aktualnych potrzeb. W miarę postępującej edukacji na tematenergetyki odnawialnej o nieprzewidywalności mówi się jednak coraz mniej, boprognozowanie produkcji ze słońca i wiatru zawsze było możliwe, a jest corazlepsze, także w Polsce. Zarzut, że OZE produkują energię nie wtedy, kiedy jestpotrzebna, pozostaje – i pozostanie – w mocy. Ale czy poradzenie sobie z tymzjawiskiem jest jeszcze jakimś problemem? Wydarzenia ostatnich dni pokazują, żeniekoniecznie.

 

O rekordzie produkcji polskich wiatraków podczas świąt było jużgłośno. W związku z tym, że zapotrzebowanie na energię w tym czasie byłoniskie, a wiało solidnie, wiatraki pokrywały nawet jedną trzecią popytu,dostarczając niemal 5 GW mocy. Mieliśmy zatem do czynienia z podręcznikowąsytuacją ekstremalną – wysoką produkcją energii z OZE w momencie, kiedyobciążenie wartości systemu osiąga poziom minimalny. Co więcej, sytuacja byłapo dwakroć ekstremalna, bo energetyka zawodowa musiała jeszcze bardziejograniczyć produkcję ze względu na to, że mocno pracowały elektrociepłownie.Polskiemu systemowi nic się jednak nie stało. A nawet udało się wyeksportować energięna Litwę, co oznacza, że była odpowiednio tania. Należy pamiętać, że LitPolLink jest połączeniem stałoprądowym, czyli niemal wszystkie przepływy mającharakter handlowy. W kontekście międzynarodowym ciekawe jest jeszcze to, żedokładnie w tym samym czasie i z tego samego powodu – czyli huraganu Barbara –olbrzymie nadwyżki energii z wiatru miały Niemcy. W sumie przez 35 godzin cenyna niemieckim rynku były ujemne, chwilami spadając nawet do minus 185 euro zaMWh!

 

Z drugiej strony można sobie wyobrazić sytuację ekstremalniewysokiego zapotrzebowania na energię w momencie, gdy OZE – jak na złość –produkują niewiele. A w zasadzie nie trzeba sobie już nic wyobrażać, bo dotakiej sytuacji doszło popołudniem 9 stycznia. Wtedy padł zimowy rekord wszechczasów zapotrzebowania na moc – ok. 26,2 GW. A że wiało akurat słabo, towiatraki – notabene zgodnie z prognozą – dostarczały ok. 600 MW. Efekt?Praktycznie żaden, ceny na rynku specjalnie się nie zmieniły, wirująca rezerwamocy w elektrowniach okazała się bardziej niż wystarczająca. Co więcej,korzyścią z całej sytuacji jest nagłośnienie solidnej analizy naukowców zLublina, która jasno pokazuje, że wiatraki potrzebują znacznie mniej wirującejrezerwy w systemie, niż się powszechnie uważa. Ciągle można spotkać głosy mówiące,że OZE potrzebują 100 proc. rezerw konwencjonalnych, tymczasem wspomnianeobliczenia pokazują, iż w przypadku wiatraków wystarcza rezerwa mniejsza niżjedna trzecia ich mocy zainstalowanej.

 

Wychodzi na to, że nie taki wiatrak straszny, jak go niektórzymalują. I to bez względu na to, czy akurat się kręci, czy nie.

 

 

REO.pl

fot. Pixabay

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here