Magda Gacyk: Cisza! Inżynier medytuje!

Buddyjskie tradycje zaprzęgnięte do usług nowoczesności.

fot. The Guidation

Legowisko udało mi się umościć przy potężnej kolumnie bocznej nawy. Zrzuciłam torbę i zdjęłam buty. Stałam na kamiennej posadzce z wyrysowanym jednym z dwóch słynnych labiryntów kościoła. Uważne przejście plątaniny ścieżek miało zagwarantować stan medytacyjny.

Obok mnie, w ciemności, przemykały jak cienie sylwetki ludzkie. W kompletnej ciszy rozkładano maty, ścielono koce, rozwijano śpiwory, wyciągano poduszki. Przestronne wnętrze wypełniało się błyskawicznie. Po niespełna pół godzinie ponad tysiąc osób czekało w skupieniu na początek Symfonii Uzdrawiania Dźwiękiem: koncertu na tradycyjnych instrumentach i zarazem głębokiej medytacji, mającej – jak zapewniali organizatorzy – moc leczniczą.

Do katedry Łaski Pańskiej w San Francisco zjechano z całej Doliny Krzemowej. W biurach i na kampusach firm technologicznych już od tygodni mówiło się, że takie wydarzenie ma się odbyć i trzeba pilnować terminów, bo bilety rozejdą się w trzy kwadranse. Opowiadano o niezwykłych przeżyciach podczas prawie dwugodzinnego stanu skupienia: barwnych wizjach, mentalnych podróżach w przestrzeni czy naskórkowych orgazmach, wywołanych dźwiękowymi wibracjami.

Nikogo nie trzeba było zresztą zbyt długo przekonywać; od kilku lat panowała tu obsesja na punkcie medytacji. Chętnych nie brakowało.

W Dolinie Krzemowej czas płynie inaczej. Jest jak heraklitowa rzeka z rwącym nurtem – nigdy nie wstąpisz do niej dwa razy. Panta rei, wszystko płynie, a płynie niezwykle szybko. Prąd jest wartki i trzeba uważać, by nie dać się ponieść za daleko. Zmiana goni zmianę, innowacja innowację, przełomowe wynalazki, które mają zmienić świat, pojawiają się co i rusz.

Mieszkańcy Silicon Valley żyją w czasie przyszłym, nieustannie debatując, co będzie dalej. Czasu teraźniejszego nie ma właściwie wcale.

Pracownicy wielkich technokorporacji i małych startupów z czasem zaczynają coraz dotkliwej odczuwać ten swoisty brak teraźniejszości. Chcieliby przystanąć w biegu do kolejnej rewolucyjnej technologii, ale nie mogą sobie na to pozwolić lub po prostu już zapomnieli, jak się to robi.

Dlatego nigdzie na świecie mindfulness nie ukorzenił się tak szybko i nigdzie na świecie nie przyjęto go tak entuzjastycznie. To medytacyjne bycie tu i teraz, oparte na praktykach buddyjskich sprzed ponad dwóch tysięcy lat, zagarnęło całe rzesze technokratów, od programujących szaraczków po potężnych inwestorów.

Kursy mindfulnessu wyrastały jak grzyby po deszczu. Obietnice mentalnego błogostanu, kiedy uspokaja się rozdygotany umysł, a myśli przestają wariować, przyciągały tłumy. Sesje, uczące, jak świadomie cieszyć się chwilą i być uważnym fundowało pracownikom coraz więcej firm.

Google wprowadził program mindfulnessowy Szukaj w sobie, który do tej pory cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Trzeba się zapisywać z wyprzedzeniem, a lista oczekujących na miejsce sięga kilkuset osób.

W nowym wieżowcu w centrum San Francisco, należącym do Salesforce, każde piętro ma swoją strefę mindfulnessu. Można się tam wyciszyć i pokontemplować. Twitter i Facebook regularnie organizują w swoich salach konferencyjnych godziny medytacyjne dla pracowników. W wielu firmowych stołówkach organizowane są też od czasu do czasu mindfulnessowe posiłki. Spożywa się je w kompletnej ciszy, zwracając uwagę wyłącznie na odczucia smakowe i proces trawienia.

Centra mindfulnessu, rozsiane po całej Dolinie Krzemowej, koncentrują się z kolei na uważności w związkach międzyludzkich oraz na przygotowywaniu do uważnego seksu.

Wielowiekową tradycję buddyjską zaprzęgnięto do usług ponowoczesności.

Na ołtarzu katedry Łaski Pańskiej, w miejscu, gdzie w 1964 roku Martin Luther King wygłosił jedno ze swoich słynnych kazań, przygotowywano się już do rozpoczęcia Symfonii Uzdrawiania Dźwiękiem. Instrumentarium stanowiły tybetańskie dzwonki, indiańskie flety, gongi, wibrafon, didgeridoo i harfa. Zapowiedziano, że całość będzie improwizowana i poradzono, byśmy odbierali muzykę sercem, a nie głową.

– Bądźcie uważni – usłyszeliśmy.

Do bycia uważnym i do zalet mindfulnessu nie trzeba przekonywać analitycznie myślących mieszkańców Doliny Krzemowej. Większość odrobiła zadanie domowe i doskonale wie, że rezultaty co namniej kilku poważnych badań wskazują na dobroczynny wpływ uważnego zakotwiczenia w rzeczywistości.

Badacze z Uniwersytetu Bostońskiego udowodnili, że po medytacji poprawia się zdolność koncentracji i wydajność oraz wzrasta odporność na stres. Podobne efekty w trakcie analogicznych badań uzyskali uczeni z Harwardu.

Z kolei w Clinical Psychology Review opublikowano kilka lat temu wyniki kilku pomniejszych badań, które wskazywały na korzystny wpływ mindfulnessu u pacjentów cierpiących na chroniczne bóle.

Zajęcia z uważności wprowadzono też w wielu szkołach w amerykańskich dzielnicach biedy i nauczyciele zapewniają, że wpływa to bardzo pozytywnie na młodzież z gett. Mindfulnessu uczy się również nowe kadry Marines, by lepiej radziły sobie w krytycznych sytuacjach konfliktu zbrojnego. Niektóre ubezpieczalnie zaczęły zwracać koszty mindfulnessowych kursów opiekunom osób obłożnie chorych.

Rozpoczyna się Symfonia Uzdrawiania Dźwiękiem. Mijają minuty, a mnie wydaje się, że pozostaję poza zasięgiem muzyki. Zastanawiam się, czy nie dałam się wkręcić w mindfulnessowe oszustwo.

W ostatnich latach z uważności zrobiono cały przemysł, wart – w samych Stanach Zjednoczonych – ponad miliard dolarów. Szkolenia, lekcje, mobilne aplikacje do medytacji sprzedają się na pniu, chociaż w niektórych przypadkach dochodzi do ewidentnej hosztaplerki. Potencjalnym klientom oferuje się kontemplacyjną iluminację już po paru kilkunastuminutowych sesjach.

To nic innego jak sprzedaż medytacji instant. Nikt już bowiem nie przypomina, że potrzeba cierpliwości i konsekwencji i że sam Budda musiał spędzić aż 49 dni pod drzewem figowym, zanim dostąpił oświecenia.

Sprzedaje się bycie tu i teraz, ale z natychmiastową gratyfikacją.

Coraz częściej słychać też głosy, mówiące o szkodliwych efektach medytacji. W książce Pigułka Buddy (The Budda Pill) psychologowie Catherine Wikholm i Miguel Farias zwracają uwagę na fakt, że nie bada się niekorzystnych skutków mindfulnessu, zakładając a priori same pozytywy a całkowity brak negatywów.

Tymczasem fora internetowe roją się od opowieści o sesjach medytacyjnych, które kończyły się atakami paniki, wzmożonym stresem, depresją, a nawet epizodami psychotycznymi po przeżyciach dysocjacyjnych (poczucie oddzielenia od ciała).

Symfonia dobiega końca. Jeszcze tylko trzy wspólne om, om, om i zaczynamy się rozchodzić. Zdaję sobie sprawę, że – nie wiedzieć kiedy – straciłam rachubę czasu i że przez ostatnie półtorej godziny mój umysł lewitował w jakichś fantastycznie baśniowych krainach. Patrzę na swoje dwie przyjaciółki, lekko oszołomione, ale radosne, na setki ludzi, którzy wychodzą z uśmiechami na twarzach i wiem, że kult mindfulnessu w Dolinie Krzemowej jeszcze długo pozostanie niezagrożony.


Magda Gacyk. Humanistka w Dolinie Krzemowej, dziennikarka, tłumaczka i socjolożka. Jej nowa książka Chłopak o magnetycznych palcach. W świecie cyborgów ukaże się jesienią.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here