BYŁEM IDIOTĄ – pisze Paweł Sito o aferze facebooka

Wszystko co prywatnie do kogokolwiek tam napisałeś może być użyte przeciwko Tobie

Tak, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zamykanie przeze mnie przedmiotu tego wyznania w czasie przeszłym to nadużycie, niemniej jeśli chodzi akurat o ten temat mojego wieloletniego zaćmienia umysłu to sprawa jest czysta. Przez lata byłem naiwnym frajerem, ale przejrzałam na oczy. Niestety.

– A ile było śmieeeeechu!!! Ze wszystkich, którzy nie zakładali konta na facebooku. Bo bali się, nie mieli ochoty być namierzani i śledzeni, cenili prywatność itd. Typowi spiskowi teoretycy świata – wyśmiewaliśmy się z odludków.

Facebook. To tam przez ostatnią dekadę koncentrowało się niemal całe życie społeczne: dyskusje niegdyś częstsze (należy podkreślić), święta a więc i szczególnie urodzinowe życzenia, kronika towarzyska, fotokronika, żarty i nieśmieszne ich próby, dowody na naszą wielkoduszność oraz małość i głupotę innych, pieski i kotki, myśli Cohello, a’la Cohello i anty-Cohello, dramatyczne zdziwienia pierwszym śniegiem albo brakiem słońca w lipcu. No właśnie – całe życie społeczne? Skoro – od czego zacząłem – nie całego społeczeństwa, czy też z wyraźnym brakiem świadomie w to nie angażującej się niemałej liczby osób?. To zależy od bańki – nota bene to znaczenie słowa zarówno powstało jak i wylansowane zostało dzięki facebookowi. W mojej darliśmy łachów z przeczulonych nie-użytkowników serwisu. Nie ma cię na fejsie – nie istniejesz głosiła niby-to zabawna maksyma. Tyle, że nie znam nikogo, kto by się z niej śmiał, za to owszem – bardzo wielu, którzy tak naprawdę myśleli.

 

I oto po rewelacjach dziennika The New York Times pokornie przeprosić wypada wszystkich, którzy konta na facebooku nie założyli. Tych dobrze analizujących / przewrażliwionych/ zapobiegawczych / aspołecznych / ainternetowych / starszych: TO WY MIELIŚCIE RACJĘ! Tak, to jeśli zaś o mnie chodzi, bo tu się kończy mój zakres odpowiedzialności, wyznam: to była bezmyślność, olbrzymie ryzyko, zaćmienie umysłu na lata. Kiedy z (niewspółmiernie do obecnej) gigantyczną reakcją na świecie spotkała się afera Cambridge Analytica (będąca wykorzystaniem narysowanego pistoletu w porównaniu do użycia najnowszych i zmasowanych rodzajów broni do czego analogicznie porównać można handlowanie naszymi prywatnymi rozmowami) prychałam – Phi!

📻 JAKUB DYMEK: Komu jeszcze sypał o nas fejs?

W zasadzie te dane każdy by wyciągnął, jak by nad danym przypadkiem przysiadł. I żeby do razu najwyższe amerykańskie i europejskie władze w taką gotowość stawiać? Tak traktowałam tamtą kradzież prywatności wtedy. W zasadzie, jeśli przerobić sobie małą autohipnozę w tej sprawie – wyjdzie, że kibicowałem naszemu Markowi. Syndrom sztokholmski jak malowanie, stwierdzam po roku jako były, w tej sprawie, osioł.

Tematy to wszystko o czym piszę ogólnoświatowe, ale wiemy jak jest w Polsce. Bez kontekstu walki PiS z PO do niektórych osób nic nie dotrze. Nie to, że za trudne – to akurat nie. Ale, tak jak nie ma takiego miasta Londyn, tak i nie ma takich wiadomości jak z zagranicy! Świat dzieje się, wg nich (z badań wynika, że to większość społeczeństwa) w Polsce! Ok, więc…

Teczki bezpieki wywalone na wierzch najpierw przez Macierewicza, później przy kolejnych lustracyjnych okazjach, afery podsłuchowe z najsłynniejszą w Sowie i przyjaciołach, wycieki danych w poszczególnych serwisach internetu, agencjach towarzyskich, trelach-morelach itd. To wszystko w gruncie rzeczy, gdy pomyślimy o skali przestępstwa jakiego dokonano w firmie facebook, traci moc, którą każdy przypadek miał, do teraz, wielką. Wiadomo wszak, kto korzystał w necie z moreli a kto w realu z burdeli (to znaczy przynajmniej tamte osoby wiedzą), wiemy jakich czasów i dzięki IPN-owi konkretnie kogo dotyczyły teczki (bez względu na fałszywki pomyłki, zniszczenia, zatajenia które wprowadzają oczywiście błędy poznawcze), znana jest lista obecności z podsłuchiwanych miejsc itd…

A tu? Coś co nikomu racjonalnemu nie przyszłoby na myśl – staje się faktem, w iluś przypadkach potwierdzonym, ale otwierającym bramy do otchłani niepewności, niewiedzy i… miliardów użytkowników portalu Marka Z. Tak, szef tego pierdolnika uchodzącego dotąd za największe ułatwienie życia ludzkości ostatnich lat, nie powinien być inaczej nazywany tylko tak, jak każdy przestępca – całym imieniem i pierwszą literą nazwiska. Zaś miejsce jego obecnego pobytu w oknie powinno mieć kraty, może nawet nie dlatego by nie uciekł (on? Gdzie?), co choćby dla zasady. Wszak jak świat światem, a więziennictwo więziennictwem i areszty aresztami – zawsze kraty były. Bo głównodowodzący tą instytucją, która może teraz w każdym miejscu świata z NIEMALŻE (podkreślam by początek tekstu nie był pisaniem dla pisania) każdym człowiekiem zrobić co chce bo wie o nim wszystko, z tego co sam w prywatnych rozmowach i tajnych (śmiech na sali obecnie) grupach ze znajomymi pisał, powinien już siedzieć i czekać na sprawę. Sądową! Nie żadne przesłuchania na Kapitolu.

We środę w REO Piotr Sokołowski pisał w tonie uspokajającym, że na szczęście na razie to tylko firmy, a nie urzędnicy systemów politycznych, czy służby. Jakie służby? – Rzecz jasna tajne, skąd więc mieli by wiedzieć, czy to sam Mark Z. czy raczej któryś z pracowników jego sklepiku z naszymi wyznaniami z rozmów, że to naprawdę przychodzi jakiś zaprzyjaźniony badacz mediów ze Spotify czy Netflixa a może weryfikator skuteczności reklam, sprzedawca samochodów, czy analityk języka dialogów w czatach social mediów piszący pracę licencjacką? Kto wie: może tylko mówił, że jest tą osobą, albo między innymi tym się zajmował? Zresztą: to kompletnie nieistotne. Jeśli rozmówki owe (od jakiegoś czasu obrandowane jako messenger), czy interakcje w tajnych grupach nie miały tytanowych zabezpieczeń i był do nich dostęp najpierw dla handlarzy naszą prawdziwą prywatnością (a nie jakimiś danymi statystycznymi czy demograficznymi za takie uznawanymi), a w końcu dla klientów, którzy tak pół kilo rozmów z kochankami, 15 deko dysydentów politycznych z despotycznych krajów i jeszcze 5 g marihuanistów prosili o zapakowanie, to… Miejmy świadomość, że cokolowiek przez te kilka lat (niektórzy dłużej) wspomnieliśmy niby nie na wallu, to tak jakbyśmy zamienili te miejsca – arenę publiczną z pokojami prywatnymi.

AFERA FB: Czy grozi nam totalitaryzm kapitalistyczny?

Umówmy się – kto by szukał sensacji pod światłem latarni? Że ktoś coś palnął? A czy to nie sarkazm? A czy nie przekora? A czy nie szukał, jak typowy narcyz, zainteresowania sobą bez względu na powagę (lub brak) publicznych oświadczeń i ujawnianych opinii? Co innego na ucho, do kolegi, osoby kochankowej, współorganizatora przewrotu w firmie itd. itp. no chyba nikt w interakcjach 1:1 nie myśli o szerokim społecznym rezonansie? Wręcz przeciwnie.

 

Tak więc The New York Times w historycznym już artykule nie tylko poinformował nas, że oto w grudniu 2018 roku (niczym komunizm w czerwcu 1989 w Polsce) skończyła się w świecie prywatność, ale również, że cokolwiek kiedykolwiek napisaliśmy w ostatnich latach za pośrednictwem największego social medium świata, do wybranej osoby, lub osób może być i w zasadzie na wszelki wypadek powinno być traktowane tak jak mowa w londyńskim Hyde Parku. Z tą różnicą, że tamtejsi mówcy traktowani są jak niegroźne wariatuńcie, więc poza wycieczkami fotografujących Azjatów nikt ich nie słucha, zaś te nasze ploteczki, sekreciki, intryżki i amorki wzbudzać będą u potencjalnej klienteli zainteresowanie dokładnie odwrotniutkie. Czyli wielkie.

Bo chyba nie ma już wśród czytelników tego tekstu naiwnych, wierzących że to dawno temu i w bardzo małej skali? Byłem idiotą – przyznaję. W tej sprawie byłem. I nie wierzę w takie pierdoły dla tłuszczy. Dziewictwo traci się raz.

 

PS: Ponoć w firmach całego świata taki strach, że z naftaliny wyjmowane są przedpotopowe Intranety, czyli – wyjaśnię najmłodszym czytelnikom  – całkowicie zamkniete, niezależne sieci wewnętrzne organizacji.

Wielka szkoda, że nie ma już polskiego kulktowego, elitarnego serwisu grono.net, trudno w to uwierzyć, ale social medium starszego od facebooka, któremu zresztą nalezy się w REO osobna monografia. Jeden z liderów projektu Tomek Lis zarobiony teraz bardzo, ale nie rozpisuję się, bo jeszcze dwa słowa za dużo a tekst, który właśnie się kończy nie aż tak trafi do świata jak mógłby, kto wszak lubi gdy się go przechwala 🙂 No to może ta strona z klasami naszymi bodaj znana ostatnio jako NK Caffe wyczuje moment na nowe otwarcie. Biedny google tylko, mało, że kompletnie nie potrafił dotrzeć do świadomosci ze swoja społecnosciówką g+, to akurat wtedy gdyby mogli przejąć trochę nałogowców social mediów po fejsie, to pechowcy 2 miesiące temy zapowiedzieli na 2019 zamknięcie interesu.  A swoją drogą, ja wiem? Czy jeśli wszyscy bedą udawać, że nic się w zasadzie nie stało, czy z odpływami rzeczywiście będziemy mieć do czynienia?

Konkretniejszy jest tylko swiat finansjery. Utrata niemal połowy wartości akcji po jednym artykule, upchniętym w okolicach świąt, gdzie nikomu biznesy nie w głowie to sztuka nie lada. Pamiętajmy jednak. Pierwszeństwo tego serwisu w kategorii sypania swoich klientów nie wynika, że to tylko oni jedni, ale pierwsi zostali na tym przyłapani.