REO I ŻYCIE: Kolorowa sobota vs czarny piątek

Lidia Piechota: O wolności do nieświętowania

Jak mi ktokolwiek cokolwiek narzuca, nie wchodzę w to. Zazwyczaj. Bo narzucone nie jest moje. Bo to jak akwizycja, która się zawsze źle kojarzy. Dlatego wszelkie powszechnie reklamowane, ogłaszane i obchodzone okazje średnio mnie obchodzą… Więc ich nie obchodzę. Czyżby coś jakby pięknym za nadobne? 😉

Chętnie celebruję jedynie urodziny, a to ze względu na to, że doceniam cud narodzin i życia, a także tego konsekwencje.

Co mnie zatem nie obchodzi? Nie wgłębiając się w ideologię, nie lubię musieć imprezować w Sylwestra, ani tylko od święta dawać kwiaty Mamie lub Babci. U mnie Dzień Dziecka trwa cały rok. Nieco inaczej jest z Halloweenem czy Walentynkami – choć są urocze, niewiele mnie osobiście obchodzą.

Odkąd jestem matką obchodzi mnie za to komfort psychiczny mojego dziecka. Dlatego także te okazje-nie-okazje znajdują miejsce w naszym kalendarzu. Tym bardziej, że w gorącym przedokazyjnym okresie, trudno przeoczyć krzykliwe banery informujące o promocjach, możliwościach, wydarzeniach.

Lubię czuć sens zdarzeń. Dlatego chętnie wgłębiam się w historyczne początki zwyczajów różnych narodów. Nie dla siebie to robię, choć sprawia mi to przyjemność. Chcę, żeby Zachariasz rozumiał, że te przebieranki to nie tylko kolejna impreza, a raczej konsekwencja pewnych zdarzeń z przeszłości. No cóż, nawet jeśli geneza jest jedynie niepotwierdzoną faktami legendą, cudnie widzieć ciekawość w oczach dziecka.

Co jakiś czas do kalendarza dopisuje się najróżniejsze okazje, które można obchodzić wedle upodobania. I tak na przykład Zachariasz dziś w przedszkolu bierze udział w balu z okazji Dnia Pluszowego Misia. Cudowna okazja, wspaniały, luźny dzień w placówce edukacyjnej, dzieciaki zachwycone, a przedszkolne ciocie zbierają punkty. Podoba mi się szukanie pozytywnych okoliczności, a Dzień Pluszowego Misia z pewnością nie ma nic na sumieniu. Nie da się go świętować agresywnie.

Mamy także Dni: Przytulania, Całowania, Karmienia Piersią, Życzliwości itp. Obchodzimy tygodnie, kiedy szczególnie wspieramy osoby chore np. na mukowiscydozę, raka, stwardnienie rozsiane czy reumatyzm. Te zdrowotne okazje to nie święta, a czas zadumy i okazja, by dowiedzieć się więcej na ważny temat. Nie obchodzimy ich hucznie ani nie przepychamy się łokciami w kolejce po bilet czy rabat. Dobrze, gdy istotne sprawy zwracają powszechną uwagę i można się do nich odnieść, zapamiętać je i kiedyś komuś lub sobie pomóc. Popieram.

Ktoś pomyślałby o święcie jakiegoś dnia. Np soboty. I że byłaby to wtedy Kolorowa Sobota. Tymczasem..

W tym roku do takich nadprogramowych okazji najwyraźniej dołączył … BLACK FRIDAY czyli Czarny Piątek. Choćby mnie ten fakt ekstremalnie nie obchodził, nie przeoczę tego wyjątkowego dnia. Ba! Tygodnia! A nawet dwóch! Black Friday to czas szalonych promocji w sklepach, choć jak się okazuje, nie tylko w stacjonarnych przybytkach czy sklepach online. Promocje i rabaty obowiązują z tej okazji dosłownie wszędzie!

Od tygodnia czytam i słucham o tym, że będę mogła taniej pojeść, popływać, pojeździć, poczytać, popodróżować itp. Co więcej, Czarny Piątek to także Czarne Sobota, Niedziela, a nawet Poniedziałek i Wtorek. Śmiało w ciemno rzucam, że w niektórych miejscach to także Środa i Czwartek. Jednym słowem nastały… Czarne Czasy 😉

Próżno szukać historycznej genezy tej okazji. Tego typu rabatowe raje dla zakupowiczów powstają tylko dlatego, że ludzie, choć narzekają, że nie mają, jakimś cudem, wydają coraz więcej. Na cokolwiek. Liczy się jedynie hajs – wydany i zarobiony. Czasem także ten zaoszczędzony – i to zapewne najprostsza przyczyna sukcesu tego święta.

Chcemy mieć więcej za mniej. Jeśli nie jestem wyznawcą kultu pieniądza lub lubię na spokojnie wybrać się do sklepu, a najlepiej wejść do niego, wziąć, co trzeba i wyjść, nie jest to najlepszy dla mnie czas na nabywanie czegokolwiek. A już na pewno nie jest to czas na wyprawę na zakupy razem z dzieckiem, które szczególnie łatwo oszołomić.

Podejrzewam, że świętować najhuczniej wypada pierwsze 3 dni. Dlatego w te dni, ograniczam zakupy do minimum. Nie że chcę zrobić komukolwiek na złość. Wręcz przeciwnie. Lubię unikać sytuacji konfliktowych i niekomfortowych. Lubię pełne półki i puste sklepy, czyli stan, kiedy obsługa nadąża z uzupełnianiem towaru.

Nie lubię doświadczać chamstwa i pazerności. Nie chcę patrzeć na energiczne wyścigi po alejkach sklepowych i dostrzegać rozczarowanie lub zazdrość w oczach tych, którym ktoś inny właśnie sprzątnął sprzed nosa kąsek, na który czatowali.

Kiedy myślę o tym, że w tym gorącym okresie można nabyć zazwyczaj luksusowe dobra za połowę ceny i że prawdopodobnie w tych dwóch tygodniach wielkie firmy zarobią więcej niż w ostatnim półroczu, kiedy każą za swoje produkty płacić iks razy więcej, coś się we mnie burzy.

Czy to znaczy, że codziennie przepłacamy? Że ci, którzy mają i mogą więcej, grają nam na nosie? Czy to znaczy, że w Czarny Piątek mam kupować tylko dlatego, że jest tanio? Bo przecież dany produkt w regularnej cenie nie byłby mi tak niezbędny jak teraz, kiedy jest w moim zasięgu. No i jeszcze kwestia estetyki. Centra miast i galerie handlowe już dawno przestały wyglądać stylowo. Teraz dobry ton nadaje liczba promocji na wystawie i banerów z wyższym procentem rabatu, najlepiej z trzema wykrzyknikami.

Pewnie, że chętnie kupowałabym za mniej. Tymczasem w tym gąszczu okazji, już sama nie wiem, czy cokolwiek jest mi potrzebne. Raz mam wrażenie, że przyda się wszystko, a za chwilę, że kompletnie nic.

Dlatego wypisuję się z czarnopiątkowych zakupów. Biorę wolne od bycia konsumentem. Ufff, jaka ulga! Wychodzi na to, że mam coś jakby… długi weekend. Ktoś? Coś? 😉

PS: Gdzie mieliśmy Black Friday? W sieci gdzie tylko można, w telewizjach (ci, którzy jeszcze z tego medium korzystają), w radiach (do granicy womitowania), na pojazdach komunikacji miejskiej, na plakatach o których nagle sobie ktoś przypomniał… Łatwizna, na pewno zgadliście.

 



REO POLECA

Marcin Popkiewicz: Pół roku i na śmietnik

Lidia Piechota
Znak firmowy EXTREMAMA. Kobieta, która rodzicielstwo traktuje z należytą starannością i uważnością. Blogerka. Zwierze społecznościowe. Spotkasz ją na Instagramie i na FB. A jak spotkasz, będziesz czytać regularnie i niecierpliwie czekać na kolejny wpis.