📻 BIAŁE I CZARNE karty historii ZIELONYCH w Niemczech

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Danuta Stachyra
Bardzo słuszne oburzenie na zjawisko pedofilii w Kościele katolickim w Polsce i skupienie się opinii publicznej na tych przypadkach może sugerować, że przestępstwa te dotyczą konserwatywnej części społeczeństwa, jednocześnie ukazując jej hipokryzję. To prawda zdecydowanie niepełna. 

 

Jak stali czytelnicy REO mieli okazję zauważyć redakcja stara się nie lokować po jednej stronie wojny kulturowej, a zwłaszcza gdyby miało się to wiązać z brakiem obiektywizmu i sprawiedliwości. W związku z tym, choć zdecydowanie popieramy sensowne ruchy ekologiczne, nie mamy zamiaru zamiatać pod dywan gigantycznego europejskiego skandalu obyczajowego drugiej połowy XX w. jakim była apoteoza pedofilii w Partii Zielonych w Niemczech Zachodnich.

Historię tego ugrupowania, które miało (i ma) oczywiście na swoim koncie także czyny chwalebne i sukcesy, zaczniemy właśnie od tego bulwersującego wątku i – być może dziwnego dla niektórych z czytelników – osadzenia tej sprawy w ówczesnych Niemczech.


Pedo-postulaty. Nie do obrony

Rewersem monety w ruchach wolnościowych, jak i niezależnej od struktur walce o wolność, jest to, że mogą przyciągać tych, którzy żądają wolności do czynienia zła. Rewolucja seksualna głoszona przez ten ruch, początkowo poszła zdecydowanie za daleko. Okazało się, że w latach 80. Zieloni mieli w swoich szeregach frakcję, która otwarcie i jawnie nawoływała do zalegalizowania pedofilii. Po lawinie oskarżeń ze strony opinii publicznej kilka lat temu, partia ta zleciła zbadanie tej sprawy i przyznała się do tego, jednocześnie uznając to za ogromny błąd ze swojej strony. Z postulatów tych zrezygnowano w 1987 r. To doskonale pokazuje, że zbyt

bezmyślne i radykalne podejście do jakichś idei może mieć opłakane skutki.

Daniel Cohn-Bendit, jeden z członków Zielonych, którzy w latach 80. głosili kontrowersyjne poglądy na temat dziecięcej seksualności, fot. N4thaniel/CC BY-SA 3.0

Warto zaznaczyć, że dzisiejsi Zieloni, zdecydowanie się od tych postulatów odcinają i to od wielu lat. Frakcja pedofilów zniknęła już w 1987 r., a inni Zieloni mówią, że nigdy jej nie popierali. Jednak bez wątpienia była tolerowana, skoro była obecna w strukturach tyle lat i wcale się nie kryła. Tłumaczenia się więc – kiedy przez tyle lat nie było ani jednej osoby sprawiedliwej, która głośno powiedziałaby BASTA! wydają się żałosnym wyrazem hipokryzji i osobistego nieporadzenia sobie z niekrótkim fragmentem życiorysu – każdego kto wówczas Zielonym był, a dziś umywa ręce.

Media zaczęły interesować się sprawą popierania pedofilii (za zgodą dziecka) dopiero w następnym wieku. Zieloni z własnej inicjatywy zlecili zbadanie tej sprawy niezależnym politologom. Jeden z liderów tej partii Juergen Trittin przyznał, że rzeczywiście: na początku lat 80. AGIL (Alternatywna Lista Zielonych Inicjatyw) nie przeciwstawiła się w zdecydowany sposób tym szkodliwym postulatom. Ja też jestem za to odpowiedzialny. To mój błąd, którego żałuję.

Niezależni naukowcy stwierdzili, że frakcja pedofilów i ich postulaty uległy marginalizacji w 1985 r. na skutek zwycięstwa stanowiska reprezentowanego przez działaczkę ruchu kobiet Alice Schwarcer która była przeciwna takim poglądom. Oficjalnie Zieloni zdystansowali się od takich postulatów w programie z 1987 r. Trudno jednak być pewnym, że wówczas jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ci którzy dotychczas mieli prywatnie takie poglądy również dokonali ich rewizji.

Oto jak czytamy we wpolityce.pl Volker Beck, przewodniczący frakcji Zielonych w Bundestagu i znany niemiecki działacz LGBT został przyłapany na tym, że część kariery politycznej poświęcił na walkę o zalegalizowanie współżycia seksualnego z dziećmi.

O sprawie napisał katolicki portal bawarski – Katolische Nachrichten, który dotarł do broszury wydanej w (sic!) 1988 r., a więc kilka lat po szczytowym okresie otwartych żądań lewaków, aby wykreślić z niemieckiego kodeksu karnego artykuł dotyczący przestępstwa pedofilii.

W broszurze pt. „Kompleks seksualności pedofilskiej” Volker napisał m.in: Depenalizacja seksualności pedofilskiej jest nagląco konieczna ze względu na jej globalną kryminalizację. Zaś ta stoi w sprzeczności do zasad praworządności. Beck uświadamiał swoich czytelników, że: Pedofilia nie jest ani chora, ani zła z antropologicznego i psychologicznego punktu widzenia. Zaś hasłem przewodnim było: Samostanowienie – tak, proszę! O prawie dzieci do seksualności.

Dziś, jak czytamy w serwisie wpolityce.pl Volker Beck odżegnuje się od nich. W wywiadzie dla „Fraknkfurter Rundschau” powiedział, że „był więźniem swoich błędów”, a niektóre rzeczy zostały „źle zredagowane przez wydawcę”. Stwierdza kategorycznie, że współżycie seksualne z nieletnim jest przestępstwem.

Postulowanie prawa do uprawiania seksu z dziećmi to nie wyłącznie problem niemieckiej lewicy, bo jak podaje Rzeczpospolita, teksty uznające pedofilię za coś normalnego ukazywały się w renomowanych czasopismach, takich jak Der Spiegel czy Die Zeit. Swojego czasu wybuchła afera. Otóż tamtejszy wielki autorytet w dziedzinie psychologii Helmut Kentler oficjalnie i legalnie rekomendował urzędnikom oddawanie dzieci do adopcji pedofilom i pisał dobre opinie tym, którzy je gwałcili, mówiąc, że dzieci muszą odwdzięczyć się za opiekę nowym rodzicom. Głosił takie poglądy oficjalnie. Zmarł w glorii chwały, nie niepokojony przez nikogo dopiero w 2008 r.

Tak się kończy bezkrytyczna wiara w autorytety (i bezwarunkowa uległość wobec nich), charakterystyczna dla autorytarnych osobowości. W Polsce by to raczej nie przeszło, dlatego może nie trzeba narzekać, że nie ma u nas takiego porządku jak w Niemczech. Bo porządek, gdzie nikt nie dyskutuje z tymi wyżej, prowadzi do przyzwalania na skrajnie niemoralne zachowania autorytetów. Wszędzie obecna jest pedofilia, jednak chyba nigdzie, dzieci nie wykorzystywało się z otwartą przyłbicą, głosząc na forum publicznym, że nie ma w tym nic złego i nadal będąc szanowanym przez społeczeństwo autorytetem. Wszędzie pedofile głosili swoje postulaty na fali źle pojętej wolności seksualnej (ograniczonej do wolności jednej strony, bo przecież druga, czyli dziecko wolna nie była, a wręcz zniewolona), ale chyba nigdzie nie byli tak wpływowi. Wydaje się zatem, że nie jest to problem lewicy, czy prawicy, ale niemieckiego społeczeństwa, które w jakiś sposób nadal prezentuje wysoki stopień autorytaryzmu. Z tym, że już nie faszystowskiego, a lewicowego (bo taki też istnieje).

Autorytaryzm, według części naukowców społecznych, polega na bezwzględnym i bezmyślnym podporządkowaniu się jednej idei i może to być nie tylko faszyzm, ale – paradoksalnie – też np. wolność, czy równość. Nie ma chyba bardziej skrajnego przykładu autorytaryzmu niż pedofilia. Autorytaryzm, jest to postawa uznająca między innymi, że hierarchia jest czymś dobrym i należy jej bezwzględnie przestrzegać, że ten niżej ma się bezwzględnie podporządkować temu wyżej, który może mu rozkazywać, że ludzie nie są równi. A w przypadku aprobaty dla pedofilii dajemy temu wyżej wręcz prawo do używania tego niżej niczym rzeczy.

OD REDAKCJI REO:
Poruszenie tego żałosnego epizodu w historii naszych zachodnich sąsiadów (wówczas sąsiadów naszych sąsiadów z NRD) nie pojawiło się tu przypadkowo. Nie chodzi o epatowanie „nośnym” tematem, ani o szukanie symetrii na siłę. Ponieważ Zieloni w Niemczech w ostatnich badaniach opinii sytuują się na 2 miejscu, w dodatku uważani są za młot na (jakże niebezpieczne w historii tego kraju) idee nacjonalistyczne, czy wręcz faszystowskie (AfD) nie możemy udawać, że to nieskalana partia autorytetu.
Fakt obecnej, największej  w historii ugrupowania, popularności był powodem do przygotowania przez REO tego artykułu. Zaś pomysł, by tak drastyczne fakty i idee pedofilskie ukryte były gdzieś w środku tekstu, teraz, gdy inną stronę ideologicznej sceny obarcza się jakby monopolem na to zwyrodnienie, wydawał się nam co najmniej nie fair. 
Teraz już, gdy najgorsze w tej publikacji jest za nami, przyjrzyjmy się historii tego bardzo ciekawego ugrupowania, z w dalszym ciągu (choć już nie takiego kalibru) nie najszczęśliwszymi epizodami, ale także z kartami chwalebnymi, jak np. powodami do uzyskania tytułu prekursorów nowych autentycznych ruchów społecznego buntu.

 


HISTORIA NIEMIECKICH ZIELONYCH

graf. REO

 

Od młodzieńczej potrzeby walki z systemem do miejsc w Europarlamencie. Niemieccy Zieloni przeszli długą drogę, zanim stali się ważną siłą polityczną. Ochrona środowiska, bunt przeciw materializmowi, niechęć do wojny, ale też naiwna fascynacja komunizmem i opisane wyżej postulaty zalegalizowania seksu z dziećmi. Co mają w swoich rachunkach sumienia polityczni ekolodzy Europy?

 

Jak to się stało, że antysystemowi buntownicy założyli garnitury i stali się znaczącą siłą nie tylko w niemieckim, ale i europejskim parlamencie? Jeżeli wierzyć sondażom (Infratest dimap z 14 lutego), są realną alternatywą dla prawicowego populizmu AFD i mogą uzyskać historyczne drugie miejsce w wyborach, z wynikiem 19 proc. I nie jest to chwilowe poparcie, bo takie same wyniki zaprezentował Newsweek w sondażu z 19 października 2018 r. Są też wcześniejsze badania, dające Zielonym kilka procent mniej i spychające ich na dalsze miejsca, jednak faktem jest, że coś na niemieckiej scenie politycznej pękło i ludzie chcą zmian. A ze zmianą kojarzą im się już nie tylko prawicowi, często skrajnie, populiści albo nikomu nieznane, małe lewicowe twory, ale partia z tradycją buntu, nawet jeżeli ugładzonego.

Bunt młodych

Ruch Zielonych wywodzi się wprost z młodzieżowej rewolty lat 60. i powstałych na jej fali tzw. nowych ruchów społecznych, które w odróżnieniu od wcześniejszych ruchów społecznych, komunistów czy socjalistów, były mniej sformalizowane i zhierachizowane, opierały się na nieformalnej strukturze, często braku oficjalnego członkostwa, wyraźnych władz i hierarchii. Nowe ruchy społeczne zamiast planować całkowitą zmianę świata w oparciu o całościową wizję przyszłości, koncentrowały się na jakimś zagadnieniu, np. ekologii lub pacyfizmie. To właśnie w latach 60. w Niemczech, i nie tylko, młodzi ludzie wypowiedzieli wręcz wojnę autorytarnemu społeczeństwu, które uważali za

skostniałe, odbierające wolność, niszczące indywidualizm, zakłamane, kierujące się fałszywymi wartościami i fałszywą moralnością oraz skupione wokół spraw materialnych.

Warto zaznaczyć, że tak samo jak kapitalizm, a chyba przede wszystkim wytworzoną przez niego kulturę, styl życia i sposób myślenia, odrzucali realny socjalizm, czyli to, co się działo za wschodnią kurtyną. Skupiali się najbardziej na prawach człowieka, wbrew nazwie dopiero na drugim miejscu na ekologii

Najprostsze hasło wyborcze w ich przypadku okazało się skuteczne: Wybierz Zielonych

i zaraz potem na sprawach obyczajowych. Motor rewolucji widzieli nie w klasie robotniczej, ale w intelektualistach i pisarzach, czy szerzej – w inteligencji. Dlatego właśnie nazywano ich Nową Lewicą.

Piękne hasła, reszta nieważna

Chociaż Marks nadal był dla nich autorytetem, a wraz z nim Marcuse i – o zgrozo… Mao, to ich wizja nowego społeczeństwa była skrajnie odmienna od totalitaryzmów panujących w ZSRR czy Chinach. W krajach tych, jako pierwsi zostali by zesłani do łagru czy zlikwidowani. Przecież nikt chyba nie podejrzewa dzisiaj Stalina czy ówczesnego przywódcę Chin o promowanie krytycznego myślenia, nonkonformizmu czy ogólnie rzecz biorąc wolności.

fot. Open Clipart Vectors

Dlatego popieranie przez nich Mao czy innych totalitarnych komunistów można tłumaczyć tym, że popierali to, co oni mówią, a bardzo nie chcieli wiedzieć, co naprawdę robią (zresztą niektórzy z nich sami to przyznają). Słowem, raczej nie była to zła wola, lecz młodzieńcza naiwność. Dowodem niech będzie fakt, że niemieccy Zieloni (z RFN), po zjednoczeniu Niemiec, wcale nie zawarli sojuszu ze wschodnioniemieckimi postkomunistami, ale wręcz z tymi, którzy ich zwalczali, czyli z antykomunistyczną opozycją skupioną w Związek 90. Oczywiście była to część opozycji, która również walczyła o wolność i prawa człowieka w lewicowym znaczeniu. My też mieliśmy takie ruchy i zacne grono lewicowych antykomunistów, np. z ruchu Wolność i Pokój.

W obronie demokracji

Inną przyczyną pomysłu na stworzenie nowej partii, czy raczej antypartii, była specyficzna sytuacja na niemieckiej scenie politycznej. Otóż w 1966 r. dwie główne siły, czyli CDU/CSU i SPD, brały prawie wszystko, a w planach było wprowadzenie ordynacji większościowej, co doprowadziłoby do powstania duopolu, przez który żadna nowa inicjatywa się nie przebije. Warto zaznaczyć, że Zieloni byli pierwszą nową partią w Niemczech od 1950 r. Byli jednak tacy, którym bardzo odpowiadała stabilność na krajowej scenie politycznej lat 70. i zarzucali Zielonym próbę jej zdestabilizowania czy wręcz podważenia demokratycznego ładu. Konkretnie tzw. modelu niemieckiego, który kojarzył się z sukcesem gospodarczym i porządkiem.

Początkowo Zieloni, trochę jak u nas Razem, chcieli być inni niż dotychczasowe partie polityczne. Dlatego często sami się wręcz nazywali antypartią, wierzyli głęboko, że inna polityka jest możliwa. I chociaż większość postulatów dotyczących stworzenia bardziej bezpośredniej demokracji stopniowo upadała, to na przykład parytety płci na listach przyjęły się nawet w innych partiach.

Nad progiem wyborczym

Swój początek Zieloni mieli w Dolnej Saksonii. W 1977 r. Zielona Lista Ochrony Środowiska otrzymała w wyborach do landtagu 3,9 proc. Pierwszym znaczącym sukcesem, jeszcze niesformalizowanego ruchu był wynik 5,1 proc. Zielonej Listy Bremy w wyborach do lokalnego Landtagu w 1979 r. Udało im się zjednoczyć (pod nazwą Inne Zjednoczenie Polityczne-Zieloni) i wystartować z jednej listy w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Chociaż wynik 3,2 proc. nie był oszałamiający, to oznaczał uzyskanie subwencji na poziomie 4,5 mln marek, co pozwoliło przygotować się do następnej kampanii.

Logo Zielonych

Oficjalnie Partię Zielonych założono 13 stycznia 1980 r. (była to druga, po Belgach, tego typu partia w Europie). Do parlamentu krajowego nie udało im się dostać, jednak w kilku landach odnieśli znaczący sukces, wprowadzając swoich przedstawicieli do Landtagów. Pierwszych kilka miejsc w Bundestagu partia ta uzyskała w 1983 r., a już 4 lata później do parlamentu krajowego weszła ponownie z wynikiem 8,3 proc., co przełożyło się na 42 posłów.

Pierwsze układy

W 1993 r., na konferencji w Hanowerze, po żmudnych negocjacjach doszło do porozumienia między Zielonymi z zachodu i kilkoma organizacjami antykomunistycznmi ze wschodu, którym ich postulaty były bliskie, a które występowały pod nazwą Związek 90. Nastąpiło wtedy lekkie przeformułowanie postulatów. Na pierwszym miejscu znalazły się prawa człowieka, ekologia dopiero na drugim. Potem demokracja, sprawiedliwość społeczna, równouprawnienie kobiet i mężczyzn, wolność od przemocy. Było to związane z tym, że Związek 90 powstał z połączenia organizacji walczących na wschodzie właśnie o prawa człowieka. W dekadzie tej nastąpiło stopniowe zwiększanie wpływów realistów, a z partii zaczęli odchodzić członkowie frakcji fundamentalistów (skrajnie lewicowych), którzy wszelkie porozumienia z mainstreamowymi partiami uważali za zdradę.

Realpolitik Zielonych

Znaczącym sukcesem było wejście nowej partii do rządu w 1998 r., który współtworzyli razem z SPD. Trwało to do roku 2005. Wicekanclerzem i ministrem Spraw Zagranicznych został w nim najbardziej znany przedstawiciel tej partii, czyli Joschka Fischer (który według sondażu z 2013 r. został nawet wybrany przez Niemców najpopularniejszym politykiem w kraju). On także przeszedł drogę od lewicowego radykalizmu w latach 60. i 70. do realnej polityki. W 2001 r. był nawet przesłuchiwany w związku z domniemanym wspieraniu przez niego terrorystów z RAF. Jednak już w latach 90. poparł interwencję NATO na Bałkanach, czym wzbudził oburzenie ortodoksyjnych Zielonych, których jedną z głównych idei był pacyfizm. Warto zaznaczyć, że nie poparł interwencji w Iraku.

Joschka_Fischer, najpopularniejszy polityk Zielonych, fot. Michael Thaidigsmann/CC BY-SA 4.0

Dopiero w 2002 r., na zjeździe w Berlinie, przywrócono ekologii pierwsze miejsce w programie i położono nacisk na reformy, nie rewolucyjne zmiany, co miało stanowić zerwanie z wizerunkiem antypartii. Program ten był mniej radykalny, uznano na przykład, że walka o ekologię może się odbywać w ramach wolnego rynku, co stanowiło zaprzeczenie tezy z pierwszych deklaracji.

Sukcesy partii

Można stwierdzić, że Zieloni odnieśli znaczący sukces. Stanowczo postulowali odejście od energetyki jądrowej i mówili o stopniowym przechodzeniu na odnawialne źródła energii. Dzisiaj Niemcy przodują w tej sferze i z OZE pozyskują aż 40 proc. prądu, w niektóre dni produkując go nawet więcej niż potrzeba wszystkim mieszkańcom czy firmom w kraju. Nie mówi się już o zmianie systemu gospodarczego, lecz o jego reformie, o społecznej gospodarce rynkowej. Tak samo z instytucjami. Uznano, że nie trzeba ich niszczyć, a można zmieniać. Urealnił się też stosunek Zielonych do pacyfizmu. Już nie twierdzą, że w żadnym wypadku nie można używać wojska, lecz zapisali deklarację mówiącą, że czasem to jedyny środek, aby zatrzymać ludobójstwo.

Rosja bez różowych okularów

Jeżeli chodzi jednak o dzisiejsze poglądy, to partia niemieckich Zielonych wyróżnia się pozytywnie na tle wielu dzisiejszych partii buntu czy populistycznych. Wiele tego typu organizacji w Europie, czy to z lewa, czy z prawa, charakteryzuje się trudną do wytłumaczenia miłością do Rosji i bardzo nie chce uznać jej za zagrożenie dla Unii Europejskiej. Zieloni dostrzegają natomiast łamanie praw człowieka przez Putina, potrafią wyrażać oburzenie na zabójstwo Politkowskiej czy walczyć o uwolnienie Chodorkowskiego. Nie poparli ludowej republiki Donieckiej ani nie uwierzyli w konieczność walki z faszystami z Kijowa. Partia ta stanowczo poparła też sankcje nałożone na Rosję w 2014 r. Jako jedyna znacząca partia niemiecka Zieloni sprzeciwili się Nord Stream 2, gazociągowi, który ma omijać Ukrainę (oraz Polskę) i łączyć Rosję z Niemcami po dnie Bałtyku. Komisja Europejska również patrzy na to niechętnie, bo projekt uważa za sprzeczny z zasadami Unii Energetycznej, której założeniem było uniezależnić nas od dostaw gazu z Rosji. Nord Stream 2 zadziałałby na odwrót.

Niemieccy Zieloni są z pewnością jedną z partii buntu, które najwięcej namieszały na europejskiej scenie politycznej. Obecnie mamy nową falę takich ugrupowań – z grecką Syrizą czy hiszpańskim Podemosem na czele. Nie wiadomo też, co politycznego wyniknie z rewolucji Żółtych Kamizelek we Francji, jednak bez wątpienia ruch Zielonych przetarł w tym względzie pierwsze szlaki. Nasuwa się pytanie, czy utrzymają swój sondażowy wynik i wzmocnią swoją pozycję na arenie politycznej. Oraz przede wszystkim, czy (jako jednak coś alternatywnego wobec mainstreamu) staną się remedium na prawicowy populizm, który puka do bram w postaci AFD. Zresztą to pytanie dotyczy całej Europy, nie tylko Niemiec.

 

REO POLECA

📻 – DOBIJEMY TARGU? – Jeśli Bóg… – usłyszysz. I już po milionach