📻 DIGITAL NOMAD, czy po prostu cyfrowy bezdomny?

Jak cię widzą? Jak cię opiszą?

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 


Świat, przynajmniej dla mnie, jest teraz do góry nogami. To znaczy patrzę na rzeczywistość, rozwój, technologię i chcąc nie chcąc na politykę, z drugiej półkuli. Konkretnie z Bali. Taki wybór.

Oczywiście hołduję maksymie wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, ale mam też świadomość, że dla mnie, przynajmniej przez najbliższy rok to tam zamienia się w tu. Nauczony więc doświadczeniem raczej nie mam złudzeń, że będzie tu tylko dobrze. Zawsze będzie jakieś tamAle nie ma co dramatyzować.

W końcu robię to, co chciałem robić zawsze, czyli pisać z daleka, o tym, co mi bliskie. Więc tu jest nieco inaczej, ale o tym innym razem

Zacznę od środka i oby był to złoty środek.

Podczas przygotowań do wyjazdu nauczyłem się wielu nowych słów, pojęć i określeń definiujących poruszanie się w cyfrowym świecie. Bo w końcu nie planowałem zaszycia się w bambusowej chacie o chlebie i kozim mleku.

Chcę być na bieżąco, a nawet na wyprzedzająco z tym, co się dzieje. I tak też w moim słowniku pojawiło się nowe określenie. Szpanerskie, hipsterskie, modne i nowoczesne. Ladies and Gentlemen, poznajcie:

Z tekstów Jacka też zanosi się na książkę!
Digital nomad

Brzmi dobrze, nie? No, bo kto z nas, pracując w ramach godzinowych, narzuconych przez franka szwajcarskiego, apodyktycznego szefa czy też ogólne zasady panujące w wysokich szklanych budynkach, nie chciałby tak po prostu tego wszystkiego pieprznąć i wyjechać w Bieszczady.

fot. Jacek Kaczyński

Chociaż tu rodzi się pytanie, czy cyfrowi chlebodawcy w Polsce zapewnili już dobry, szerokopasmowy, światłowodowy internet w okolicach Ustrzyk Dolnych, Leska i Cisnej. Ale zakładając, że żyjemy w świecie idealnym, to przecież idealne jest rozporządzanie swoim własnym czasem, dostosowując naszych pracodawców – można ich też nazwać płatnikami – do naszych godzin pracy. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku – nawet jeśli bardzo zdrowy by nie był…

Wiele jest pożytku płynącego z bycia digital nomadem, bo nie trzeba wstawać o siódmej rano na budzik, tylko pół godziny wcześniej, żeby mieć więcej czasu na zastanowienie się – co tu dzisiaj i dla kogo robić. Nie trzeba pić korporacyjnej kawy z wypasionego ekspresu, bo przecież od czego są socjalizujące kawodajnie i śniadaniownie, wyłączając z tego warszawski Plac Zbawiciela – bo tam każdy ma już pracę, i to niejedną. W końcu można też cały dzień pracować w pidżamie, na leżąco, wisząco, stojąco czy wręcz po kolana w wodzie – słonej ma się rozumieć. Można być samemu ze sobą i samemu swoim sterem, żeglarzem, etc…

Nomadzi w stadzie

Ale człowiek jest jak bawół (to przypadkiem użyte porównanie, chociaż jestem w chińskim zodiaku bawołem właśnie) – zwierzęciem stadnym. Ciągnie go do ludzi, do ram, do jakiegoś cyklu dnia. Inaczej wychowany w cywilizowanym, a raczej cywilizacyjnym pędzie, usycha i dziwaczeje.

I właśnie po to, żeby Digitalni Nomadowie mieli możliwość spotkania innych Digitalnych Nomadów, chociaż z założenia zostali nimi po to, żeby pracować w świecie wirtualnym, powstały miejsca zwane co-working space.

fot. Jacek Kaczyński

Tu, gdzie jestem, na Bali, jest ich kilka. Wyglądają jak połączenie designerskiego, hipsterskiego hostelu z modnym lokalem. Stoliki z widokiem na palmy, wygłuszone sale do połączeń na skypie, cafeteria i basen, ewentualnie mała fontanna. Wręcz idealne miejsce do pracy, poznawania ludzi i wymiany doświadczeń.

Codziennie organizowane są konferencje, szkolenia, wykłady czy coaching. Spotkanie poświęcone start-upom, inwestycjom i nowym technologiom. Wszystko w t-shirtach i klapkach – czyli perfekcyjnie. Ale, ale – ma to jednak swoją cenę i to nawet dosyć wysoką. Najdroższy pakiet dający codzienny dostęp do internetu, uczestnictwo w panelach, korzystanie z sal konferencyjnych i drukarki to około 700 złotych.

W sumie to dosyć dużo, ale z drugiej strony za obcowanie z gepardami mediów, grafiki, biznesu i online’u z całego świata warto jest zapłacić (jak się już zarabia, ma się rozumieć), a nuż coś z tego wyjdzie. W końcu takie miejsca mają wpisane w swój kodeks kooperację.

A jeśli doszedłem już do jednego z moich ulubionych słów na k, czyli… kooperacji, to nie sposób nie potknąć się o małą wątpliwość… Otóż największym killerem międzynarodowej, kreatywnej i kolorowej, bądź co bądź, kooperacji może stać się korporacja.

Bo jak daleko jest designerski co-working space od zwykłego biura zatrudniającego międzynarodowych specjalistów? Przecież ktoś, kto to wymyślił, nie zrobił tego dla idei, tylko po to, żeby Excel na koniec miesiąca się zgadzał.

Jacek Kaczyński
Człowiek renesansu, chodząca beczka śmiechu, kiedy powie coś poważnie – szczególnie daje do myślenia. Zaczynał pracę w mediach, jako junior zapowiadający muzykę w niegdysiejszej TV, założonej w Polsce przez Boba Geldofa – Atomic TV. Później m.in. zajmował się produkcją TV w 4fun.tv i był szefem TV Polsat Play. Wyemigrował na Bali, skąd przesyła dla REO korespondencję do cyklu DO GÓRY NOGAMI