Bajka o Dobrej Królowej

Zmultiplikowane święto filmu Bohemian Rhapsody. Autorsko i niebezkrytycznie Aga Sielańczyk

 

📻 AUDIO REO. Magda Gacyk, Kalifornia

 

Tak jak przewidywaliśmy, prosząc o tekst Agę Sielańczyk – znaną dziennikarkę, (a prywatnie fankę Freddiego Mercurego i Queen), film Cygańska Rapsodia – o grupie Queen zarządził na tegorocznych Oskarach. Ale media były tej oskarowej doby, w tej sprawie, w pełnej panoramie opinii.

Bajka o Dobrej Królowej

Materiał od lat leżał na stole – czy można sobie wyobrazić lepszy temat od historii grupy Queen, a w zasadzie biografii jej lidera, zanzibarskiego imigranta, homoseksualisty obdarzonego wielkim talentem, którego tragiczna śmierć czyni całość historii bardziej jeszcze niezwykłą?

Osiem lat przygotowań do produkcji, konflikt zespołu z pierwotnym odtwórcą roli Mercury’ego /Sacha Baron Cohen/, oskarżenia o molestowanie seksualne pod adresem Bryana Singera, ostatecznie zakończone usunięciem go z planu tuż przed końcem zdjęć – umówmy się, ten film rodził się w bólach. I niestety ból ten twórczy bardzo się na obraz przełożył.

Po pierwsze wychwalany przez większość ostateczny odtwórca głównej roli Rami Malek – tak wycieńczony przez prace ortodontów, że trudno nie współczuć mu po pierwszych dziesięciu minutach filmu i nie odczuć empatii z powodu braku komfortu w jamie ustnej. To karykatura Freddie’go, choć zagrana z pasją i sporą charyzmą. Ostatecznie jednak – to Freddie był postacią z krwi i kości, a nie Mr. Robot.

Po drugie – niezgodności faktograficzne – zazwyczaj nie jestem specjalnie krytyczna w fabułach, które nie podążają krok w krok za biografią, ale rozbieżności między datami wydań poszczególnych płyt, a obrazowanymi ich piosenkami są jednak w filmie o grupie wszech czasów nieznośne. Nie da się odznać prawdy. Podobnie informacja o chorobie, którą Freddie, a dalej zespól otrzymują przed słynnym występem Live Aid. Łza kręci się w oku jak wspaniale wszyscy radzą z tym sobie, grając do końca jak orkiestra na Titaniku, tyle że w rzeczywistości o AIDS Mercury dowiedział się dwa lata po tym koncercie.

Trzecie – scenariusz w tak bardzo prostym schemacie‚ sukces – upadek – wielki powrót, że ciężko się wzruszyć, choć chwilami bez wątpienia można by. Wystarczyłoby kilka mocniejszych, wyrazistszych scen, żeby serce Freddiego zaczęło bić na ekranie. Tymczasem od początku do końca mamy tu pomnik wystawiony genialnemu muzykowi, a przecież również, a może nawet przede wszystkim, człowiekowi z bardzo skomplikowanym życiem wewnętrznym.

Niestety. Nudziłam się na Bohemian Rapsody pomimo, że Queen uwielbiam, a tragiczną śmierć Mercurego przeżyłam boleśnie. Wszystko tu takie oczywiste – zły agent, dobrzy kumple i nieco tylko rozdarte serce Freddiego, zerkającego w okno byłej żony. Film według wielu recenzji ciągnie muzyka, ale to raczej tani chwyt w przypadku historii Queen, nie sądzicie?

Dzisiaj Oscary. Bohemian Rapsody otrzymała 5 nominacji do nagrody i 4 takowe już zdobyła. Występ Queen uświetnił ceremonię rozdania statuetek. W wielu przedoskarowych rankingach film prowadził od wielu tygodni. Jeśli otrzyma główną nagrodę będę zdania, ze w hołdzie legendzie. Z drugiej strony skandal towarzyszący filmowi bez wątpienia bardzo mu zaszkodził. Jego źródłem były oskarżenia kilku mężczyzn pod adresem reżysera filmu, Bryana Singera, o zmuszanie ich do czynności seksualnych.

W momencie wydarzeń pozywający byli jeszcze nieletni. Singer od początku zaprzeczał oskarżeniom, ale konsekwencje spadły na niego natychmiast – na trzy tygodnie przed zakończeniem zdjęć do filmu został zwolniony przez studio 20th Century Fox. Brytyjska akademia filmowa usunęła Singera z listy nominowanych do nagrody BAFTA, w styczniu Bohemian Rapsody został także cofnięty z listy filmów nominowanych do nagród przyznawanych przez organizacje działającą na rzecz LGBTQ.

Czy Amerykańska Akademia Filmowa zgodzi się ze mną, że Bohemian Rapsody na statuetkę nie zasługuje? Rozwiązanie za kilka godzin, ja tymczasem trzymam kciuki za piękny, prowadzony z niezwykle prostą, ciepłą narracją Green Book Petera Farrellyego, opowiadający, bądź co bądź, także autentyczną historię muzyka.