BANGLADESZ. Ocean odgryza kawałek po kawałku

Populacja pęcznieje w granicach biedy

Ocean odgryza kawałek po kawałku niewielkiego Bangladeszu, tym samym wpędzając ludzi w kryzys migracyjny. Rośnie poziom bezrobocia i ubóstwa, a miasta pęcznieją od wewnętrznych imigrantów.

Ludzi przybywa, lądu ubywa

Każda zbliżająca się do wybrzeży burza, uderzający w podmokłe delty rzeczne sztorm czy tropikalny cyklon jest zmartwieniem dla setek tysięcy mieszkańców Bangladeszu. Rosnący w wyniku topnienia lodowców poziom oceanu powoduje, że ten nizinny kraj znajduje na szóstym miejscu państw zagrożonych globalnym ociepleniem. Jedna czwarta jego powierzchni wznosi się na niecałe siedem stóp ponad poziom morza, a więc tylko 2 metry. Bangladesz jedzie na tym samym wózku co pacyficzne kraje wyspiarskie jak Kiribati czy Tuvalu. Sęk w tym, że w Bangladeszu mieszkają dziesiątki milionów ludzi.

fot. fotomatik, pixabay.com

Tropikalny, nawiedzany przez coraz bardziej kapryśne monsuny, kraj w ciągu ostatnich lat znalazł się między młotem a kowadłem. Z jednej strony coraz silniejsze cyklony i rosnący poziom oceanu, który wdziera się w ląd, z drugiej – szybko rosnąca populacja i narastający z tego powodu wewnętrzny kryzys migracyjny. Kryzys, który prędzej czy później zmusi ludzi do ucieczki. W ciągu 50 lat populacja tego dwukrotnie mniejszego od Polski kraju uległa potrojeniu.

Dziś w Bangdladeszu żyje ponad 160 milionów ludzi.

To cecha charakterystyczna dla zacofanych państw Trzeciego Świata, gdzie medycyna jest na niskim poziomie, a antykoncepcja albo jest luksusem, abo nie ma jej wcale. Często zresztą też poważną przeszkodą dla rozwoju opieki zdrowotnej, sprawnie funkcjonującego systemu planowania rodziny jest sama, zbyt mocno przywiązana do tradycji kultura i religia. A co ważniejsze – brak wiedzy.

Krewetki zamiast ryżu

Obok Pakistanu, to drugie państwo, w którym zjawiska wywołane zmianą klimatu potęguje demografia. Już teraz przynajmniej 200 tysięcy mieszkańców wybrzeża jest zagrożonych i lada dzień będzie musiała pożegnać się z widokiem morza. Jednak to nie brak spokojnego przed monsunem morza jest istotny, lecz byt mieszkańców zależnych od rolnictwa.

Farma krewetek w Chinach, fot. rolnicy.com

Valerie Mueller z Międzynarodowego Instytutu Badań nad Polityką Żywnościową (IFPRI), mówi o poważnym problemie, z jakim mierzą się mieszkańcy wybrzeża. Ocean wdziera się na pola, a słona woda niszczy zbiory i zasoby wód gruntowych. Ale jednocześnie stwierdza, że: – Wiele miejsc w Bangladeszu jest poważnie zagrożonych zalaniem przez morze w przyszłości. Badania pokazują, że reakcja migracyjna na powodzie prawdopodobnie będzie minimalna, ponieważ większość rolników dostosowała uprawy do częstotliwości i intensywności powodzi.

Rolnicy przeżywają dramat, ale bronią się wprowadzając tak zwaną akwakulturę.

Bangladesz – jak na południowoazjatycki kraj przystało – to ojczyzna ryżu. Rolnictwo jest tam podstawą gospodarki. Jednak rolnicy coraz częściej odchodzą od tradycji i zastępują uprawy ryżu hodowlą, na przykład krewetek. Dzieje się to od wielu lat. Dziś, patrząc na południowe krańce Bangladeszu, ujrzymy coraz więcej stawów, gdzie hoduje się krewetki. Mossarof Sana, 56-letni rolnik jest jednym z pierwszych, którzy zaadoptowali się do nowych warunków. Budowane z gliny wały ochronne przestają działać, odpowiedzią jest więc akwakultura. Hodowla krewetek nie wymaga tak wielu pracowników, co można poczytywać za jej zaletę, ale tym samym przyczynia się do wzrostu bezrobocia…

Dla Bangladeszu są prognozy złe

Ale poziom oceanów wciąż rośnie. Zalewa mieszkania, zalewa wszystko – stopniowo  pochłania ląd w tempie 3-4 milimetrów rocznie, a proces ten będzie przyspieszać. Nikt tak naprawdę nie wie, jak bardzo wzrośnie poziom światowego oceanu. Jest wiele prognoz i wszystko zależy od poziomu dwutlenku węgla w atmosferze. Klimatolodzy, nawet ci ostrożni mówią, że nie zostało już wiele czasu, raptem kilkanaście lat, a są tacy, którzy mówią, że i tak już jest za późno, bo fizyka i tak zrobi swoje, z racji długowieczności CO2.

Nawet dość umiarkowany (ze względów politycznych) Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC} prognozuje, że do 2050 roku około 17% powierzchni kraju zostanie zalane, co będzie oznaczać migrację nawet 27 milionów ludzi, jeśli nie więcej, bo populacja wciąż rośnie.

Nie wiadomo, czy uda się powstrzymać katastrofę klimatyczną. Duża bezwładność ziemskiego klimatu oznacza, że być może już teraz trwają procesy, których ludzkość nie będzie w stanie powstrzymać. A jeśli dodamy do tego wiedzę z zakresu paleoklimatologii, wyłania się naprawdę przygnębiający widok: obraz poziomu oceanu, który znajduje się ponad 20 metrów nad naszymi głowami. Bo tak było w pliocenie, kiedy poziom stężenia dwutlenku węgla w atmosferze był identyczny jak dziś…

Dhaki dosłownie puchnie

Akwakultura w strefie wybrzeża to deska ratunku dla rolników, ale mieszkańcy i tak masowo uciekają z zalewanych terenów.

Miasta Chittagong i Khulna witają co roku od 15 do 30 tysięcy uchodźców klimatycznych.

Znacznie gorzej jest w stolicy. Dhaka to dziś megamiasto, a właściwie rozrastające się morze slumsów, domów z blachy, dykty i plastiku, które jak grzyby po deszczu zwiększają obszar metropolii. Eksperci Międzynarodowej Organizacji do spraw Migracji (IOM) mówią o  masowym exodusie Bangladeszan z nadbrzeżnych wiosek do miast. Już w 2007 roku raport Banku Światowego mówił o 300-400 tysiącach ludzi przybywających do stolicy każdego roku.

Wg prognoz w 2020 roku Dhaka będzie czwartym najbardziej zaludnionym miastem świata. fot. Ahron de Leeuw, flickr.com

Globalne ocieplenia sprawia, że ludność Dhaki rośnie dynamicznie. Miasto dosłownie puchnie – jeszcze w 2000 roku żyło tam 5 milionów ludzi, ale 10 lat później liczba ta uległa niemal podwojeniu. Dziś szacunki mówią, że Dhakę może zamieszkiwać nawet 18 milionów ludzi. Owszem, ta stolica to nie tylko slumsy, miasto się rozwija, powstają nawet wieżowce. Ale kryzys demograficzny odciska swoje piętno.

Co nie utonęło, spłonie

Z powodu rosnącej szybko populacji miasta, rośnie bieda i bezrobocie. Nurjahan Begum wraz z ośmioosobową rodziną przybył do w Dhaki 10 lat temu, po tym jak kolejny z rzędu cyklon zrujnował mu dom i pole. Nurjahan nie chciał dłużej żyć z myślą, że ocean zabierze to, co odbuduje po kolejnym, coraz to silniejszym cyklonie. Ale problem rodziny i jego samego się nie skończył. Przez ostatnie 10 lat rodzina Beguma przemieszczała się z miejsca na miejsce, nie mogąc zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, aby zbudować stałe schronienie.

W Korail, jednej z największych dzielnicy nędzy tworzących slumsy w 2017 roku wybuchł pożar. Begum znowu stracił praktycznie cały dorobek życia, zdążył ocalić jedynie Koran i stary telewizor. Teraz on i jego rodzina mieszkają w prowizorycznym namiocie o wymiarach 5 na 8 metrów. On, jego syn Alauddin, i pozostali zdolni do pracy członkowie rodziny imają się jedynie dorywczych prac. Dzięki temu mogą sobie pozwolić na skromną dietę złożoną z warzyw i ryb.

Uciec, ale dokąd?

Taka sytuacja może skończyć się jakąś tragedią, ze scenariuszem syryjskim włącznie. Władze robią, co mogą, w miarę swoich możliwości. Mimo egzotycznej kultury i religii, kontrola urodzeń zdaje w pewnym stopniu egzamin i wzrost liczby ludności kraju nie jest już tak duży. Także najmniej zamożni otrzymują pomoc, ale w obliczu rosnącego problemu przestaje to wystarczać.

Odpowiedzią jest migracja poza granice kraju.

Według indyjskich służb już 20 milionów Bengalczyków przebywa nielegalnie na terenie Indii. Ludzie forsują granicę, mimo że mogą zostać zabici przez pograniczników. Straż indyjska ma prawo strzelać i robi to. Nic dziwnego – Indie też mają wielki demograficzny problem i też cierpią z powodu zmiany klimatu. Choć w Bangladeszu są miasta, które przyciągają uchodźców, to ci w obliczu dramatu decydują się często na desperacji krok przekraczania granicy.

Bangladesz jest w kłopotliwej sytuacji, bo niemal ze wszystkich stron otoczony jest przez Indie. Na południowym wschodzie znajduje się tylko krótki odcinek z granicą birmańską. Z Mjanmy natomiast do Bangladeszu uciekają Rohindża – prześladowana przez buddystów muzułmańska mniejszość. Bangladesz to kraj islamski, więc to jedynie rozsądne wyjście dla prześladowanych na tle religijnym ludzi. Zwłaszcza że do Bangladeszu mają najbliżej.

fot. fotomatik, pixabay.com

Dla takich ludzi jak dla Beguma świat nie musi się już kończyć. Są oznaki nadziei, choć małej dla tych, którzy uciekają do miast. Na wsi dzieci Beguma nie mogły się uczyć i były analfabetami, w stoli mogą to robić. Jest tam też lepsza opieka medyczna. Ludzie, którzy umierali z powodu cholery czy gruźlicy dziś są uleczani. – W miłosierdziu Allaha prawie wszystko jest teraz uleczalne – powiedział w miarę szczęśliwy Begum.

Niestety, lekarstwo na globalne ocieplenie, które kształtuje przyszłość wnuków Beguma i kolejnych pokoleń pozostaje boleśnie poza zasięgiem. Jeśli klimat będzie się ocieplać, to nadzieję ostatecznie stracą wszyscy. Wzrost poziomu oceanów o 30 metrów (poziom sprzed kilkunastu milionów lat) zaleje większość kraju. Dokąd uda się wówczas 100 milionów ludzi?

Źródło: NRDC.org, Quartz India


REO POLECA

📻 EKWADOR: Mieszkańcy nie wiedzą, co El Niño przyniesie tym razem

Hubert Bułgajewski
Publicysta REO. Wcześniej portali: naukaoklimacie.pl oraz ziemianarozdrozu.pl Ekspert ds. zmian klimatu. Autor bloga Arktyczny Lód.