📻 DOŚĆ JUŻ! ILE MOŻNA? Amoralny familiaryzm.

Po co, na Boga, ten pasek między fotelami? Dlaczego regularnie ucieka nam bus? Co nas łączy z południowymi Włochami?

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na nagraniu, czyta autor:


 

Jeśli nie jest znane Ci to, tytułowe, określenie, to spoko. Mało kto, jeszcze, zna ten termin. I uspokajam. Nie chodzi ani o kazirodztwo, ani o nepotyzm, ani o niegodne metody zbratania się. To chora, można dość mocno powiedzieć, forma solidarności. Antonim (przeciewieństwo) kapitału społecznego, czyli otwartości na innych. Niechęć do współpracy, spędzania krótkiego czasu bądź większego kawałka życia, pracy, i innych aktywności opartych na zaufaniu wzajemnym.

W czasach zaborów, dyktatury czy wojny rodzinne trzymanie się razem, klanowe, w bardzo ścisłym gronie, nieufnym wobec obcych ma głęboki sens. Zapewnia większe bezpieczeństwo konieczne z powodów oczywistych. W takich warunkach nie istnieje zdrowo funkcjonująca struktura społeczna, więc niech przynajmniej jej elementy są mniej zagrożone.

Ale przychodzi, czy nadejść powinien, taki moment, że wskazana jest zmiana postawy. Wsteczny bieg lub bezpieczniej: przepisowo wykonana zawrotka w tej sprawie. W czasie wolności, demokracji dalsze trzymanie się w nieprzepuszczalnych grupach jest i passé, i niepotrzebne, i po prostu szkodliwe dla realizacji umowy społecznej, naszego sprawnego, zrozumiałego funkcjonowania. Według niektórych dawne czasy mamy za sobą i nie ma pogody dla obowiązywania tradycyjnych norm i relacji społecznych. Tyle że nas w Polsce te tradycje jakoś nie miały okazji znudzić – to po pierwsze. Po drugie zaś, właśnie społeczna przemiana w kierunku solidarności i praktyczności mogłaby być wyrazem naszej niezgody na nastawanie czasów społecznie złych.

Pomijam już metody utrzymywania tej szczelności szczepów (zachowania ksenofobiczne, obmowa i plotka, nadmuchiwanie nieufności), raczej uświadomiłbym, że te mechanizmy mogą dotyczyć i kilku, i kilkunastu, i większej liczby osób.

Ilustr. Giorgio de Chirico

Wsobność, nasizm (od naszych), klanowość, nieufność nie przystają do robienia interesów. Wszak nie każda transakcja biznesowa musi być (i oczywiste jest, że na dziewięćdziesiąt ileś procent nie jest) zasadzką na partnerów. Jeśli zaś chodzi o konkurencję, to po pierwsze, w niejednym miejscu na świecie i w niejednej branży relacje między podmiotami ułożone są poprawnie, często wręcz systemowo, tak by połowy energii nie trzeba było tracić na organizowanie absurdalnych w tym kontekście oddziałów bezpieczeństwa.

Niski kapitał społeczny, a głęboki familiaryzm w amoralnej wersji, dotyczy często krajów czy regionów dotkniętych przez lata wojną, niewolą lub wielkim sporem, do wojny domowej włącznie. Ale też ze stopniem tej spuścizny jest rozmaicie – spójrzmy na przykład, jak różnie wygląda to w krajach byłego bloku wschodniego. Po jednej stronie wymienić możemy choćby Estonię, a by nie przyklejać tu łatki najbardziej nieufnego kraju, w drugiej końcowej strefie stawki wymieńmy Polskę. Wszak to nasze relacje społeczne, zdrowy model współpracy, funkcjonowania jakichś zasad są z oczywistych względów najistotniejsze. Na taki, nie najlepszy, stan w naszym kraju dodatkowo wpływ ma (także przez socjologów zaliczany do współtworzących tytułowe zjawisko) katolicyzm. W swojej większości wszak nie jest on szczególnie otwartym kościołem, ekumenicznym. Proszę przyjąć to nie jako atak, lecz stwierdzenie podobieństw z innymi krajami i regionami o dużym stopniu deklaracji tego wyznania, a jednocześnie niskim poziomem społecznego kapitału (np. niektóre kraje Ameryki Płd. czy południowe regiony Włoch).

Takie to wołanie na puszczy – ktoś powie. Ale o tym trzeba mówić właśnie w Polsce. Wszak żyjemy w jakimś kompletnym pomieszaniu, odważę się powiedzieć, że wręcz zakłamaniu, co jest naszym społecznym tabu. Mniejszości seksualne, śmierć, przestępstwa księży, seks władzy? Nie żartujmy! Te tematy non stop przewijają się przez media i okładki książek, choć – oczywiście – często z marketingowym dodatkiem: TABU.

Tymczasem prawdziwe tabu to banały. Nad Wisłą nie mówi ani nie pisze się w mediach, a jeśli to z rzadka i nieśmiało, właśnie o prawdziwej solidarności, zaufaniu, zasadach współżycia społecznego. To są nasze tematy tabu! Znacznie częściej słyszę na ulicy rodziców przywołujących dzieci do bycia grzecznymi (tak jak mamusia/tatuś mówili) i niezadawania się z innymi, nieufania. Moje pokolenie (paradoksalnie w opresyjnej PRL) wychowywane było inaczej.

OK, umówmy się – pełne zaufanie, wyświetlenie się, otwartość bez granic – to zachowania nierozsądne, ale jest gdzieś obszar, który można by dzielić z innymi, na którym można by eksperymentować zwyczaje ułatwiające po prostu życie społeczne. Od najprostszego – wspólnej reakcji wszystkich współpasażerów środka komunikacji na nieodpowiednie, niebezpieczne dla innych zachowania, aż po wielki biznes i niekombinowanie nad kruczkami prawnymi w umowach, które mają w założeniu po jakimś czasie zniszczyć partnera na korzyść strony te kruczki starającej się zamieścić. Zasada ograniczonego zaufania – funkcjonuje całkiem sprawnie w ruchu drogowym w Polsce – niech będzie przykładem dla innych dziedzin życia. Dzięki solidarnemu naciskowi na społeczeństwo, by przynajmniej na początku zacząć wprowadzać ją tam, gdzie nie istnieje. Bo charakterystyczne dla zjawiska zaufania społecznego jest to, że często interakcje lub ich intencjonalny brak nie dotyczą góry, władzy, lecz podmiotów społecznych na równym lub sąsiednim poziomie.

Oto trzy przykłady. Jeden – od razu mówię, będzie podnoszący na duchu, w myśl nazwy jednego z naszych cykli Można? Można!

Zacznijmy jednak od tych w starym stylu. Pierwszy przykład nie jest jeszcze ilustracją tytułowego zjawiska, ale bardziej związanego z nim braku zaufania i chaosu w relacjach społecznych. A ponieważ to sytuacja z naszego wizytówkowego zdjęcia, więc jednak od niej zaczynam. Pochodzi ze wspomnianych już środków komunikacji publicznej. Świadomie staram się odejść od sztampy. Nie będzie w tej kategorii opisu żula zaczepiającego kogoś w tramwaju. Klasycznego przykładu anomii społecznej, gdzie solidarna pacyfikacja łobuza dałaby wielkie poczucie satysfakcji jej wykonawcom, a która jednak wywołuje wzrost zainteresowania pasażerów… tym, co dzieje się za szybą. To nie ta, komunikacyjna, historia.

Na fotografii widzimy bowiem korytarz samolotu, fikuśnie przedzielony na dwie części spiętymi ze sobą pasami. Zdaję sobie sprawę, że widok ten może kojarzyć się z uwiązanymi do łańcucha sztućcami w Misiu. Zdjęcie jest jednak jak najbardziej rzeczywiste, zrobił je pod koniec kwietnia znajomy w czasie podróży do Londynu z synem.

Pomijając już względy bezpieczeństwa (jakoś w instrukcji zachowania w czasie awarii nie wspomniano ani po polsku, ani po angielsku o zawiązanej pomiędzy fotelami zasadzce), gdy zobaczyłem to foto, moim podstawowym pytaniem było: PO CO? Co odgradza ta, bynajmniej nie artystyczna, instalacja? Zapytani o to przedstawiciele załogi wyjaśnili, że z pasażerami z tyłu nie da się inaczej, a chodziło o to, by nie chodzili do toalety od strony pilotów, bo za to nie zapłacili. No to sznur!

Tematu komfortu jazdy i dopłaty m.in. za większą prywatność w klasie biznes, bo tymże była właśnie grupa przedpaskowa, nie rozwijam, bo nie o tym jest ten artykuł. Ale już aspekt, czy linia uprzedziła pasażerów o warunkach lotu, w takiej mocno oryginalnej, jak na światowe standardy, business class, znów przywraca temat uczciwości wzajemnej i zasad zdrowej koegzystencji. Nie dociera? Marsz na tył, tu jest szlaban – wydaje się mówić załoga samolotu LOT, którego numeru rejsu dobrotliwie nie podajemy. Wszak wśród tych niepisanych zasad dobrych relacji jest odpuszczenie za pierwszym razem, gdy widzi się chęć poprawy. Zbytnio może nie rzucała się w oczy znajomym, ale liczymy, że po dotarciu do kierownictwa linii LOT tego artykułu, choć to mocno żenujące, roześle ono mailing do załóg, by nie ośmieszać się czymś takim czy w podobnym stylu. Czytaj: by szanować procedury, które gdzie jak gdzie, ale w lotnictwie, zwłaszcza cywilnym, nie wymyślane dla samego wymyślania.

I dwa przykłady z moich tegorocznych wyjazdów w góry. Zdjęcie pierwsze – Polańczyk.

Przystanek autobusowy. Przysłowiowy każdy, w tym przypadku przewoźnik, sobie rzepkę skrobie. Zamiast skoordynować rozkład, faktycznie rozłożyć kursy na cały dzień i w jednym miejscu, w kolejności czasowej je podać – mamy poprzylepiane rozkładziki rozłożone, rozwieszone właściwie po całej powierzchni przystanku. To, że bus nam uciekł z takiego to pobierania informacji, przez nas – słabych w te klocki turystów – może dodatkowo być związane z gapiostwem moim i żony, a na pewno z nieumiejętnością poruszania się w tej grze zaproponowanej i kontynuowanej w najlepsze przez lokalnych auto-busiarzy.

Niech żywi nie tracą nadziei – powiedzą – za poetą, być może czytelnicy naiwni, być może będący zwolennikami społeczeństwa otwartego, opartego na wzajemnym zaufaniu. Powiedzą to jednak w kraju, gdzie wśród głównych przysłów – zwyczajowo określanych jako mądrość narodu – czołową pozycję zajmuje Nadzieja matką głupich.

Oto przykład, który tę przyszywaną matkę – nadzieję – pozwala mieć większej, niż wzmiankowana w przysłowiu, grupie.

Szczyrk. Po latach wojen między właścicielami wyciągów nastąpiła całkowita zmiana. Od zakończonego sezonu narciarskiego (2017/2018) na 40 kilometrach tras i 22 wyciągach obowiązuje JEDEN SKIPASS, czyli karta – karnet – wpuszczająca przez cały sezon (już nie dniówka czy łaskawie tygodniówka) do konkurencyjnych dotychczas, w amoralnym rozumieniu, ośrodków. Zabawne, że ten typowo polski problem rozwiązany został przez obcokrajowców. Słowacki zespół urządzenia zaprogramował, postawił i – co dla zdrowo funkcjonującego otwartego biznesu jest jak najsłuszniejsze – pobrał opłaty od uczestników tego, jak na nasze warunki, eksperymentu.

Słowacki, zaś, Juliusz (Polak dla przypomnienia), autor cytowanych dwa akapity wyżej słów, rozwija je w wart zapamiętania sposób: Niech żywi nie tracą nadziei. I przed narodem niosą oświaty kaganiec – że na ideologiczne potrzeby tego tekstu – wyrwę nieco słowa wiersza z kontekstu.

Niechaj nie tracą. Niech tak się stanie. Czyli popularne w kościołach, także katolickich. AMEN.


REO POLECA

📻 DEBATA REO. Andrzej Leszczyński: Bronię broni