Piotr Wójcik: American dream to przeszłość

Bogactwo tylko dla wybranych.

fot. unsplash.com, Bicad Media

Dochody dolnych 60% gospodarstw domowych w USA od lat 70. tkwią w stagnacji, a dolnych 20% nawet spadły. W tym czasie wyraźnie za to wzrosła stopa ubóstwa. W ostatnich kilkudziesięciu latach Stany Zjednoczone przestały być krajem, który zapewnia wszystkim szanse na godziwe życie.

To, co się nam wydaje
Stany Zjednoczone w Polsce wciąż jeszcze uchodzą za kraj, który oferuje niezmierzone możliwości każdemu pracowitemu człowiekowi. Wystarczy tylko uwierzyć w siebie i zechcieć ciężko pracować, by osiągnąć tam sukces nieosiągalny nawet w innych krajach Zachodu. Zamożne miasta wschodniego i zachodniego wybrzeża wciąż działają na wyobraźnię, którą dodatkowo pobudzają jeszcze gigantyczne zyski osiągane przez amerykańskie koncerny technologiczne oraz zamożność Amerykanów pokazywana w produkcjach filmowych zza oceanu. To jednak tylko część prawdy o obecnym globalnym mocarstwie. A ta druga część jest już dużo mniej atrakcyjna – USA, owszem, są krajem niespotykanego bogactwa, jednak to bogactwo skupione jest w rękach niezwykle wąskiej grupy ludzi. Tymczasem stopa życiowa ogromnej części tak zwanych zwykłych Amerykanów od kilkudziesięciu lat stoi w miejscu, a dla wielu z nich wręcz się obniża. Co więcej słynny American dream stał się zwyczajnym mitem i spośród krajów rozwiniętych Stany Zjednoczone oferują wręcz najmniejsze szanse na sukces dla ludzi niedysponujących odziedziczonym majątkiem lub kapitałem kulturowym i społecznym. Co doskonale opisał noblista z ekonomii, Angus Deaton, w książce Wielka ucieczka. Zdrowie, bogactwo i źródła nierówności.

Dwa oblicza Ameryki
Owszem, po II Wojnie Światowej USA były obszarem trwającego niemal nieustannie wzrostu gospodarczego. Przed Wielkim Kryzysem w roku 1929 PKB per capita wynosił w Stanach osiem tysięcy dolarów, a w 2012 roku ponad 43 tysiące dolarów. Oznacza to ponad pięciokrotny wzrost. W tym samym czasie podobnie wzrosły zarówno przeciętny dochód do dyspozycji jak i wydatki konsumenckie. Możemy więc powiedzieć, że stopa życiowa w USA po wojnie średnio wzrosła aż pięciokrotnie, choć przecież już przed wojną USA były krajem zamożnym, nawet z uwzględnieniem spadku PKB w czasie Wielkiego Kryzysu (ok. 1929-1933).

USA, owszem, są krajem niespotykanego bogactwa, jednak to bogactwo skupione jest w rękach niezwykle wąskiej grupy ludzi.

Jednak rozumienie czasu od II Wojny Światowej aż po dziś jako jednolitego okresu prosperity w USA to duży błąd. Tak naprawdę mamy w tym czasie do czynienia z dwoma różnymi okresami, żeby nie powiedzieć z dwoma różnymi Stanami Zjednoczonymi. Mniej więcej do połowy lat 70. XX wieku wzrost gospodarczy przekładał się na wzrost dobrobytu wszystkich, jednak okres od lat 70. do dziś to dla większości Amerykanów czas stagnacji. A owoce utrzymującego się wzrostu gospodarczego zaczęła konsumować jedynie bardzo wąska grupa, za to na potęgę.

W latach 1959-1973 w USA można było dostrzec bardzo wyraźny spadek ubóstwa. W 1959 roku 22% amerykańskiego społeczeństwa żyło poniżej granicy ubóstwa, tymczasem w roku 1973 już jedynie ok. 10%. W zaledwie kilkanaście lat ubóstwo w USA spadło o ponad połowę. Jednak od tamtej pory zamiast nadal spadać, zaczęło ono rosnąć. W 2010 roku osiągnęło już poziom 15%. Choć przecież w tym okresie notowano postępujący wzrost gospodarczy, przerywany sporadycznie kryzysami. A trzeba też wiedzieć, że w tamtym czasie próg ubóstwa nie został zmieniony – od lat 60. jest on na stałym poziomie, będąc korygowanym jedynie o wskaźnik inflacji. Co gorsza, szczególnie pogorszyła się sytuacja osób do 18. roku życia – w 1973 roku ok. 15% z nich żyło poniżej granicy ubóstwa, a w 2010 roku już 22%.

Marazm dla przeciętnych
Podobnie wygląda analiza dochodów gospodarstw domowych. Gospodarstwa domowe należące do 20% najbiedniejszych w 1966 roku miały przeciętny dochód na poziomie 14 tysięcy dolarów rocznie. Do roku 1974 ich dochód jeszcze wzrósł do 17-18 tysięcy dolarów, jednak od tamtej pory jest w stagnacji. Pomimo wzrostu gospodarczego wciąż utrzymuje się on na podobnym poziomie – w 2010 roku wyniósł 15 tysięcy dolarów, a więc od lat 70. wręcz spadł o dwa-trzy tysiące rocznie. Rodziny mieszczące się przedziale 20-40% również doświadczają stagnacji. W 1966 roku ich średni dochód wyniósł 31 tysięcy dolarów rocznie, by w 1974 urosnąć do 37 tysięcy dolarów. Od tamtej pory niewiele się zmieniło – w 2010 roku ich przeciętny dochód wyniósł dokładnie tyle samo co w roku 1974.

owoce utrzymującego się wzrostu gospodarczego zaczęła konsumować jedynie bardzo wąska grupa. za to na potęgę.

Minimalnie poprawiły swój byt rodziny przeciętne, czyli znajdujące się w okolicach mediany (przedział 40-60%). Ich średni dochód wrósł w okresie 1974-2010 z 55 tysięcy dolarów rocznie do ok. 60 tysięcy dolarów. Tymczasem najzamożniejsze 20% gospodarstw domowych w USA w latach 1974-2010 podniosło swe roczne dochody z ok. 120 tysięcy dolarów do 187 tysięcy dolarów. A najzamożniejsze pięć procent rodzin ze 190 tysięcy dolarów do 313 tysięcy dolarów rocznie. O ile w 1966 roku najzamożniejsze pięć procent gospodarstw domowych miało dochód średnio 11 razy wyższy od 20% najbiedniejszych, to w 2010 roku już 21 razy wyższy.

Koniec American dream
Jest jedna grupa, której bez wątpienia poprawiło się w niespotykany sposób. To jeden, najlepiej zarabiający, procent społeczeństwa. Pod koniec lat 70. ten jeden procent amerykańskich podatników dysponował ośmioma procentami całości dochodów w USA. W 2010 roku należało już do nich 19% dochodów USA. 0,1% najlepiej zarabiających podatników pod koniec lat 70. dysponowała trzema procentami całości dochodów w USA, a w 2010 roku już dziewięcioma. Co gorsza te wzrastające nierówności są połączone z bardzo niską mobilnością społeczną, czyli możliwością pięcia się w górę po drabinie dochodów. Mierzy się ją korelacją dochodów rodziców i ich dzieci. W sytuacji pełnej mobilności (dochody rodziców nie wpływają w żaden sposób na dochody dzieci) wyniosłaby ona zero, a w społeczeństwie w pełni kastowym (dochody rodziców w pełni determinują dochody dzieci) wyniosłaby ona jeden. W USA wynosi ona 0.5, co jest najwyższym wskaźnikiem wśród krajów OECD. Wyższa korelacja występuje już tylko w Chinach i w Ameryce Łacińskiej.

Mówienie w takiej sytuacji o American dream zakrawa na kpinę. Jeśli dochody większości społeczeństwa od kilkudziesięciu lat są w stagnacji, pomimo utrzymującego się wzrostu gospodarczego, to widać ewidentnie, że wąskiej grupie Amerykanów udało się przechwycić niemal wszystkie owoce wzrostu. Jeśli korelacja dochodów rodziców i ich dzieci jest w USA niższa jedynie od Chin i Ameryki Południowej, to za oceanem mamy do czynienia z systemem niemalże kastowym, w którym zasadą jest pozostawanie w klasie społecznej, w której się przyszło na świat. Czas przestać patrzeć na USA jak na wymarzoną krainę równych szans, bo nawet jeśli kiedyś taką były, to już jest to dawno nieprawda.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here