A bodaj byś… zainwestował w wiatraki

Dorota M. Zielińska o braku patriotyzmu gospodarczego

Branża OZE rozkwita na świecie. Firmy chińskie wygrywają aukcje mocy w Polsce. Wchodzą inwestorzy z Litwy, z Estonii. A czy polscy przedsiębiorcy wezmą udział w podziale tego tortu?


Miłe złego początki

Energetyka wiatrowa zaczęła rozwijać się w Polsce z początkiem XXI wieku. W 2001 roku została uruchomiona pierwsza przemysłowa farma wiatrowa o mocy 5 MW. Było to sześć wiatraków postawionych w gminie Darłowo. Mocy przybywało powoli. W 2005 roku było to w sumie 83 MW. Wtedy właśnie ruszył system wsparcia dla podmiotów inwestujących w odnawialne źródła energii – system zielonych certyfikatów. 

Przychody ze sprzedaży certyfikatów miały służyć do pokrycia różnicy pomiędzy kosztami wytworzenia energii z OZE, a przychodami ze sprzedaży energii, jakie wytwórcy OZE uzyskają na rynku hurtowym. Innymi słowy, miały zabezpieczyć opłacalność inwestycji. Była to istotna zachęta, ale niewystarczająca.

Przed 2010 rokiem w OZE inwestowali pionierzy. Nie było ich zbyt wielu. I właściwie dopiero, kiedy rząd przyjął Krajowy Plan Działań (KPD) dotyczący rozwoju odnawialnych źródeł energii do 2020 roku, inwestorzy poczuli się bezpiecznie. W ciągu kolejnych 5-6 lat powstało wiele farm wiatrowych o łącznej mocy 5 GW. Był to w części kapitał polski, zwłaszcza w przypadku mniejszych instalacji – mówi Beata Wiszniewska z Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej (PIGEOR). Efekt zachęty był spektakularny. Generacja z wiatru była o blisko 15% wyższa, niżby to wynikało z założeń KPD 2010.

Cisza przed burzą

Jednak w okolicach 2013 roku pojawiła się niepewność. Z powodu niedostosowania obowiązku umorzenia do faktycznej podaży zielonych certyfikatów przez ówczesnego Ministra Gospodarki Waldemara Pawlaka ceny zielonych certyfikatów zaczęły spadać. Z zachęcającego do inwestycji poziomu 260-280 PLN/MWh z pierwszej połowy 2012 roku do 131 PLN/MWh (średnia cena w 2013 roku). Zdecydowana większość instalacji OZE znalazła się już wtedy poniżej progu rentowności.

Entuzjazm do planowania nowych inwestycji osłabł. Brak zamówień spowodował spadek popytu na urządzenie do elektrowni wiatrowych – mało kto wie, że wszystkie elementy poza turbinami (łopaty, wieże, oprzyrządowanie) są produkowane w Polsce. Kończono rozpoczęte inwestycje, ale planowanie nowych wyhamowało.

Józef, lat 54

Działalność gospodarczą rozpoczął w 1990 roku. Jego firma zajmowała się głównie handlem i transportem. Prosperował dość dobrze i zgromadził spory jak na jednopokoleniowego przedsiębiorcę kapitał. W 2013 roku postanowił ulokować go w wieloletnim przedsięwzięciu, które dałoby mu zabezpieczenie finansowe na czas emerytury. Utworzył nową firmę wraz córką. Kupił jeden wiatrak w budowie. W 2015 roku wziął kredyt i zainwestował jeszcze w dwa inne wiatraki. W sumie ulokował blisko 5 mln zł.

Niestety, wtedy właśnie rynek zielonych certyfikatów załamał się. Ceny spadły z ponad 200 do 20-30 zł. Do tego gminy obłożyły instalacje wiatrowe wysokim podatkiem, a nowe przepisy praktycznie uniemożliwiły zwiększanie mocy.

W 2016 roku sprzedawałem certyfikaty po 30 zł, żeby mieć z czego opłacić serwis. Kredyt byłem w stanie spłacać tylko dzięki temu, że wiatraki to nie jest moje jedyne źródło dochodów – powiedział REO. – A i tak banki nie chcą już ze mną współpracować. Chciałem rozbudować instalację o solary o mocy 1 MW, miałem już zgodę przyłączeniową w zakładzie energetycznym. Fotowoltaika najwięcej generuje latem, kiedy z wiatraków jest najmniej prądu. Myślałem też o magazynowaniu energii w przyszłości. Ale kredytu nie dostałem.

Wiatraki jak wilczy bilet

I opowiada, że najgorsze są polskie banki, a wśród nich ten największy. A chciał tylko zamienić kredyt z innego banku na tańszy. Zagraniczny bank przynajmniej był skłonny przyjąć zabezpieczenie z innego rodzaju działalności. – Nie rozumiem tego. Leasing na samochód, ciężarówkę – bez problemu. A dlaczego nie działalność, która jest lekarstwem na deficyt prądu, gdzie korzysta i gmina, i rolnik (właściciel gruntu)? Dlaczego polski przedsiębiorca jest na cenzurowanym? – pyta retorycznie.

To nie jest historia wymyślona. Pana Józefa znalazłam wśród ogłoszeniodawców, którzy chcą sprzedać swoje wiatraki. Straty szacuje na 1,5-2 mln zł. Kiedy spytałam go, czy nie lepiej się wstrzymać – ceny zielonych certyfikatów poszły w górę, rząd daje zielone światło dla OZE – odpowiedział, że nie ma w Polsce warunków na prowadzenie uczciwej działalności: – Wszystko wzięło w łeb. Człowiek kładzie się spać, nie wiedząc, co mu uszykują na rano. Mam na oku inny interes. Nie w Polsce. Nie mam zamiaru przekonywać się, co oni jeszcze wymyślą, jeśli znowu wygrają wybory. Tu dodał garść serdecznych, acz niecenzuralnych słów, w kierunku rządzących krajem.

Wg szacunków pana Józefa, spośród członków Polskiej Izby Małych Elektrowni Odnawialnych, która zrzesza 207 wytwórców zielonej energii dysponujących łącznie mocą 362 MW, 70% jest pod kreską, bo nie zdążyli odebrać włożonych pieniędzy przed krachem. Albo szukają nabywców na instalacje wiatrowe, w które zainwestowali, albo są w stanie upadłości. Nie każdy mógł finansować straty z działalności w innej branży. 

Grom z jasnego nieba

Inaczej skalę zjawiska ocenia Paweł Guziński, Prezes Stowarzyszenia Małej Energetyki Wiatrowej. Według niego problem dotyczy blisko 1000 polskich przedsiębiorców, którzy zainwestowali kilka-kilkanaście milionów złotych, stawiając po kilka wiatraków. Wydawało mu się – jak przyznał w rozmowie z REO – że 15-letnia umowa z dużą firmą energetyczną na zakup zielonego prądu jest wystarczającą gwarancją stabilnych przychodów, które zapewnią zwrot z inwestycji, a w kolejnych latach – zysk. 

Nagle te kontrakty zostały zlikwidowane. Tak – zlikwidowane, a nie wypowiedziane. Tauron zlikwidował spółkę-córkę, która miała zawarte umowy z właścicielami farm wiatrowych i nie przejął jej zobowiązań. Ówczesny prezes Energi, Daniel Obajtek, autorytarnie stwierdził, że umowy na zakup zielonych certyfikatów są nieważne i Energa nie będzie ich respektować. Innego zdania są sądy oraz instytucje arbitrażowe, które jak dotąd przyznają rację właścicielom wiatraków. 

📻 Energa przegrywa!

Niektórych właścicieli wiatraków trudna sytuacja finansowa zmusiła do zawarcia umów na gorszych warunkach. – Sam mam cztery elektrownie wiatrowe. Spłacam kredyt w wysokości 30 tys. miesięcznie. Podjąłem się pracy na etacie. Demontaż wiatraka kosztowałby 300 tys. zł. Nie jestem w stanie tego sfinansować. Sprzedać za pół ceny też nie mogę, bo skąd wziąłbym pieniądze na spłatę kredytu – przyznaje Paweł Guziński.

Budując w 2012-13 roku, mieliśmy deklaracje rządu Donalda Tuska, że trzeba rozwijać OZE i że na 15 lat mamy gwarantowane ceny odbioru prądu. W 2015 roku do rządzenia dorwali się ludzie niekompetentni, ignoranci, którzy wbrew polityce unijnej i trendom światowym postanowili wyeliminować lądową energetykę wiatrową w Polsce. Umowy zostały wypowiedziane po 2-3 latach. Konsekwencje będą takie, że po 2020 roku Polska zapłaci ogromne, wielomiliardowe kary za niewywiązanie się z celów unijnych i wtedy dopiero społeczeństwo zobaczy, co się stało. Nowe inwestycje powstają już na zasadach aukcyjnych, ale to co zostało zbudowane  wcześniej, w systemie zielonych certyfikatów, powinno być chronione – dodaje Paweł Guziński.

Kopanie leżącego

Z powodu polityki prowadzonej za rządów PO-PSL załamał się rynek zielonych certyfikatów. Państwowe koncerny energetyczne zerwały umowy. A do tego wyczekiwana od kilku lat ustawa o odnawialnych źródłach energii zamiast przynieść stabilne warunki do bezpiecznego inwestowania w OZE, dobiła inwestorów. Zmiany wprowadzone w 2016 roku przez PiS przyniosły właścicielom wiatraków 4-krotny wzrost podatku od nieruchomości. 

Wprowadzono też zapisy odległościowe, które w praktyce uniemożliwiają postawienie choćby jednego nowego wiatraka na lądzie. Uniemożliwiła też zwiększanie mocy istniejących instalacji, traktując modernizację istniejącej instalacji tak samo jak wzniesienie nowej od zera. 

Przepisy te zostały ostatnio złagodzone, ale od dwóch lat moc polskich wiatrowni w zasadzie stoi w miejscu. I nie zanosi się na to, aby miało się coś zmienić. W każdym razie rozwój nie nastąpi za sprawą polskiego kapitału, a co za tym idzie nie będzie on brał udziału w podziale zielonego tortu.

Banki poniosły straty

W gwarancje rządowe uwierzyły też banki. Według Komisji Nadzoru Finansowego krajowe banki udzieliły kredytów na budowę farm wiatrowych w wysokości sześciu miliardów złotych. Poniosły z tego tytułu wysokie straty i obecnie postrzegają te przedsięwzięcia jako zbyt ryzykowne. Bez skutecznie oczekują rozwiązania sytuacji, która zaistniała m.in. z powodu załamania systemu zielonych certyfikatów.

Rynek aukcyjny jest dla inwestorów bezpieczniejszy. Pierwsze z nich – pilotażowe – zostały przeprowadzone dopiero pod koniec 2016 roku. Ale i tak nie wszystkie polskie firmy, które je wygrały będą mogły zrealizować swoje inwestycje. Z braku finansowania. Banki pozostały niechętne finansowaniu nowych instalacji OZE. 

Kto na tym skorzysta?

Ostatnie zmiany w prawie i deklaracje ministrów obecnego rządu, dotyczące ożywienia i rozwoju sektora odnawialnych źródeł energii przyciągają zagranicznych inwestorów. Zainteresowane branżą OZE są podmioty z Liwy czy z Estonii, które wzbogaciły się na budowie instalacji we własnym kraju na tyle, żeby mieć zasoby na zagraniczną ekspansję.

Polska jest dużym atrakcyjnym rynkiem, który otwiera się na rozwój OZE. Szkoda tylko, że wcześniej podcięto skrzydła rodzimym firmom, które albo już zmieniły branżę, albo usiłują przetrwać.

Wygląda na to, że nowe instalacje OZE powstaną w oparciu o kapitał chiński oraz fundusze międzynarodowe. Może się też zdarzyć, że istniejące wiatraki będą za pół darmo przejmowane przez Litwinów i Estończyków. A polscy przedsiębiorcy? Pewnie wyruszą na saksy, żeby spłacić swoje kredyty… 



📻Paweł Sito, Dorota M. Zielińska: Przewalone wiatraki

Dorota M. Zielińska
Wolność kocham i rozumiem. Wolności oddać nie umiem. REO to dla mnie nowe wspaniałe miejsce na Ziemi. Odpowiadam tu głównie za działkę oze-energetyczną. Uwielbiam zagadki słowne, kalambury i skrablowe pojedynki na słowa. Masz ciekawy temat? Napisz do mnie: dorota.zielinska@reo.pl