Z prądem czy pod prąd?

04.04.2017

O funkcjonowaniu i problemach małych elektrowni wodnych mówi Ewa Malicka w rozmowie z Pawłem Sito.

 

Paweł Sito, REO.pl: Dlaczego energetyka wodna mogłaby się opłacać?

Ewa Malicka, wiceprezeska Towarzystwa Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych: Ponieważ spełnia na raz kilka ról. Po pierwsze, oczywiście, elektrownie wodne wytwarzają energię. Ponieważ jest to energia odnawialna, pomaga osiągnąć cel procentu OZE, który Polska ma do osiągnięcia do 2020 roku. Nie truje, nie rujnuje środowiska, dzięki wciąż unowocześnianym metodom neutralizacji wpływu elektrowni wodnych na faunę wodną  nie ingeruje zbytnio w życie rzeki, biorąc z niej to, co bez instalacji zmarnowałoby się, czyli energię rzeki przerabianą na energię elektryczną. Ale to także inne funkcje pełnione w gospodarce wodnej: państwo może dzięki nam oszczędzać, bo pokrywamy część kosztów utrzymania wód. Poza tym to zwiększenie retencji, która akurat w Polsce jest bardzo potrzebna, i wspomaganie ochrony przed powodzią. Dodać należy, że w porównaniu z innymi zielonymi instalacjami, te są długowieczne i, z uwzględnieniem ograniczeń wynikających z czynników naturalnych, stabilne. Polska – ale niestety nie jest to wiedza upowszechniona - jest krajem z bardzo słabymi zasobami wodnymi, więc elektrownie wodne pomnażają możliwości wynikające z przepływu rzek.

Skoro mogłoby być tak dobrze, to czemu jest tak źle?

Jest źle ze względu na brak dobrych, stabilnych, sprzyjających warunków do inwestowania w energetykę wodną. W tej chwili głównym problemem jest brak statecznych i przewidywalnych rozwiązań prawnych regulujących system wsparcia, brak stabilizacji. Ze względu na to, że system zielonych certyfikatów jest w sposób dość drastyczny wygaszany, a także na zmieniające się warunki w trakcie trwania inwestycji wiele instalacji jest w tej chwili na granicy bankructwa. Ci inwestorzy, którzy zrealizowali przedsięwzięcia kilka lat temu, uzyskują ceny za odbiór energii o połowę, albo i więcej, niższe niż kalkulowali, podchodząc do realizacji projektów. I to nie jest sprawa wolnego rynku i loterii, że komuś się udaje, a ktoś pada. Pamiętajmy, że rynek OZE to rynek regulowany. Inwestor otrzymuje cenę, jaką wyznaczają mechanizmy wsparcia, nie ma możliwości samodzielnego obniżania jej czy podnoszenia. Natomiast koszty związane z funkcjonowaniem elektrowni wodnych rosną i będą rosły jeszcze bardziej po wejściu w życie nowego Prawa wodnego, a ceny uzyskiwane za wyprodukowaną energię drastycznie zmalały.

W środę jest spotkanie w Sejmie na temat OZE, jaki jest postulat, który tam wygłosicie?

Wiele organizacji OZE dochodzi do wniosku, że skoro system certyfikatów jest wygaszany i wprowadza się nowe rozwiązanie w postaci aukcji, to rozwiązaniem jest wydobycie istniejących instalacji z systemu certyfikatowego poprzez umożliwienie im migracji do systemu aukcyjnego. Przyznać tu należy, że pewne kroki w kierunku migracyjnym  dla instalacji wodnych zostały już podjęte przez rząd.

Konkretnie?

Została przeprowadzona w grudniu aukcja dająca możliwość przejścia niektórym elektrowniom wodnym do nowego systemu. Niestety – ze względu na ograniczenia związane z samym tzw. koszykiem aukcyjnym, w którym MEW mogą startować –  udział w aukcji mogły wziąć tylko nieliczne. Czasami zdarzają się suche miesiące, suche lata, powodzie – sytuacje, w których elektrownia wodna nie będzie w stanie wyprodukować określonej ilości energii, a tym samym spełnić żądanego stopnia wykorzystania mocy. System ten nie bierze też pod uwagę specyfiki elektrowni górskich oraz tych, które pełnią np. funkcje przeciwpowodziowe i usługowe w systemie elektroenergetycznym. Planowana jest kolejna aukcja, ale problem tego koszyka pozostał i póki nie będzie zmian w ustawie, które by te problemy rozwiązały, system nie będzie do energetyki wodnej dopasowany.

To może inwestorzy powinni podejść do aukcji na próbę?

To nie są decyzje bez konsekwencji. Karą za niewypełnienie wymogów jest zwrot pomocy publicznej, drastyczna dla branży. Przechodzenie więc z zielonych certyfikatów do aukcji jest niezwykle ryzykowne, a dla wielu przedsiębiorców po prostu niemożliwe.

Czy rok 2020, w którym Polska będzie musiała spełnić unijne normy udziału OZE w energetyce krajowej jest wyczekiwaną przez was datą?

Na ten rok czekamy z wielkim niepokojem, bo dla bardzo wielu elektrowni wodnych – funkcjonujących w systemie certyfikatów od momentu jego powstania, czyli od 2005 roku (dotyczy to ponad połowy wszystkich MEW w Polsce) - skończy się wówczas 15-letni okres wsparcia, stracą wtedy jakiekolwiek finansowe dodatki, nawet te obecnie tak niewielkie wynikające z zielonych certyfikatów. Ale również prawo obowiązkowego zakupu, przez sprzedawcę zobowiązanego, energii z tych źródeł. Może się okazać paradoksalnie, że w roku 2020, który będzie powodem do świętowania dla przyjaciół OZE, jeden z filarów – energetyka wodna - bez jakiegokolwiek wsparcia operacyjnego rozpocznie proces upadku..

A ile lat potrzeba, by inwestycja w małą elektrownię wodną mogła się zwrócić, by przedsiębiorca nie musiał się martwić o zapomogi, certyfikaty itp.

Specyfika tej branży jest taka, że trudno mówić o takiej sytuacji. Nowe wymogi związane z dostosowywaniem MEW do wymogów ochrony środowiska są nieustannie zmieniane, czasem obowiązek zbudowania przepławki dla ryb pojawia się w trakcie eksploatacji elektrowni. Poza tym, jak już wspomniałam, mamy różne obowiązki związane z utrzymaniem stopni wodnych  i odcinków rzeki, na których instalacje funkcjonują, co pochłania spore koszty. Aby elektrownia wodna mogła działać wiele lat, wymaga ciągłych nakładów na jej utrzymanie w dobrym stanie technicznym  – nie można mówić o tym, że po amortyzacji, z nurtem rzeki, już tylko spływają zyski dla inwestora.

To jakiś dziwny ten kapitalizm, skoro nie obędziecie się bez subwencji.

Bo to nie jest system kapitalistyczny, w sensie wolnego rynku. Proszę zauważyć, że naszym głównym ograniczeniem jest to, że poza systemem wsparcia mamy możliwość sprzedaży wytworzonej energii wyłącznie po cenach hurtowych. Jest kierunek alternatywny – sprzedaży prądu bezpośrednio do odbiorców końcowych. W tej sprawie Polska jest jednak mocno w tyle, skoro nie da się sprzedać go sąsiadowi zza płotu, nie mówiąc o rozwiązaniach na większą skalę. Jesteśmy zdecydowanymi orędownikami energetyki rozproszonej, sprzedaży energii w skali lokalnej bez nadmiernych kosztów przesyłu i dystrybucji.  Przedsiębiorcy mogliby postawić np. własną linię np. do lokalnej fabryczki czy osiedla, ale na razie przepisy na to nie pozwalają.

Rząd pragnie megaregulacji rzek. Co Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych sądzi na ten temat? Czy ułatwi to funkcjonowanie przedsiębiorcom tej branży?

Nasze instalacje to w głównej mierze źródła budowane w oparciu o istniejące spiętrzenia, np. o miejsca gdzie dawniej funkcjonowały młyny i staramy się by ingerencja w środowisko i krajobraz była jak najmniejsza. Uważamy, że rzeki można i trzeba wykorzystywać gospodarczo, pamiętając jednocześnie o ochronie środowiska. Wszelkie pomysły dotyczące rzek muszą być zgodne z Ramową Dyrektywą Wodną, więc plany związane z ich regulacją będą musiały przejść próbę określenia ich zgodności z tą dość rygorystyczną unijną regulacją poprzez zbadanie wpływu planowanych inwestycji na poszczególne partie rzek.







Ewa Malicka - wiceprezeska Towarzystwa Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych

 

Paweł Sito / REO.pl

fot. TRMEW


Facebook Twitter Twitter

Serwis www.reo.pl korzysta z plików cookies (tzw. ciasteczka).

Więcej informacji o tym jakich cookies używamy, oraz jak nimi zarządzać, znajdziesz po kliknięciu w „więcej”.