Jedyna możliwość to masowe wyjście istniejących instalacji z zielonych certyfikatów

20.04.2017

Z Kamilem Szydłowskim, wiceprezesem Stowarzyszenia Małej Energetyki Wiatrowej, rozmawia Paweł Sito.

 

Kim jest przykładowy/typowy właściciel "małego" wiatraka?

Taki człowiek jest przedsiębiorcą, który kiedyś postanowił postawić wiatrak, bo miał oszczędności zarobione w innym biznesie. To polscy kapitaliści w terenie, ludzie którzy mają mleczarnie, gospodarstwa rolne, warsztaty samochodowe, zakłady mięsne itd. W którymś momencie działalności mieli na tyle dobrą sytuacje finansową, że było ich stać na to, by wziąć kredyt na turbinę wiatrową. Większość z tych osób wzięła milion, dwa miliony lub więcej kredytu. Ostatnio słyszałem o spółce, która wzięła 5 000 000 złotych kredytu i w tej chwili tej raty kredytu nie jest w stanie spłacić, bo sytuacja na rynku zielonych certyfikatów wiemy jaka jest. To są przedsiębiorcy, którzy postanowili w którymś momencie zainwestować w działalność dotąd nie przeznaczoną dla podmiotów prywatnych, gdyż kiedyś to wyłącznie państwo generowało energię.

W jakiej są teraz sytuacji?

Są w sytuacji takiej, że każdy z nich dopłaca teraz kilka tysięcy złotych co miesiąc do bieżącej obsługi tej turbiny.

A umowy na odbiór energii z kim mają?

Póki co mają ze sprzedawcami zobowiązanymi, czyli tymi, którzy są ustawowo zobowiązani do odbioru energii, czyli jest to któryś z wielkich koncernów energetycznych. Tyle, że taki stan trwać będzie tylko do końca roku. Od stycznia każdy będzie musiał sobie znaleźć własnego odbiorcę energii. To jest najgorsze co nas czeka. Ja sobie nie wyobrażam, by taki przedsiębiorca, Pan Kowalski, który ma mleczarnię, plus np. półmegawatowy wiatrak, miał usiąść do jednego stołu z którymkolwiek z gigantów (spółek obrotu) i negocjować dostawę energii. W praktyce to będzie wyglądało tak, a nawet już tak wygląda, bo pierwsze takie umowy otrzymujemy, że dostaniemy umowy ze znacznie niższą ceną niż cena URE. To nie będzie już 170, ale średnio np. 120 lub 110 złotych.

Czyli to już nie będzie "tylko" 5,6 lub 8 tysięcy dopłaty co miesiąc?

Nie inaczej. A skoro już mówimy o dopłacie do tego interesu to pamietajmy jeszcze o tych, którzy mają do spłacenia kredyty. Mamy 2 kategorie właścicieli: ci, którzy spłacili kredyt są w stanie bez certyfikatów na swojej energii już się utrzymać, ale większość inwestorów ma jeszcze kredyty niespłacone. Były brane na ogół na 15 lat, większosci z nich zostało jeszcze kilka lub kilkanaście lat spłaty.

Gdyby osoba, która kompletnie na tym się nie zna chciała spytać o co chodzi z zielonymi cartyfikatami, co Pan by odpowiedział?

Do tej pory było tak, ze państwo deklarowało, że do każdej megawatogodziny energii dostajemy certyfikat, czyli papier wartościowy, który miał być dodatkowym zyskiem, zarobkiem i wiadomo, że miał być on rynkowy od początku, że popyt z podażą musiał się gdzieś krzyżować i na podstawie tego miała być ustalona cena tego certyfikatu. W pewnym momencie okazało się, że certyfikat nie kosztuje już 300 złotych, tylko dziesięć razy mniej lub jeszcze mniej. Pomimo, że to miał być (w praktyce już nie jest - stał się sterowany przez Ministra Energii) rynkowy mechanizm, państwo ma dużo metod kontrolowania tego, co dzieje się na rynku. Jedną z nich jest obowiązek umorzenia - władze mogą zdecydować ile certyfikatów na rynku będzie musiało być obowiązkowo zakupionych, czyli to rząd steruje stroną popytową, bo to on określa czy potrzebujemy 1 procent certyfikatów, 10 czy 20 procent. W tej chwili jest to obowiązek ustawowy 20 procent, ale minister może w rozporządzeniu tę stopę ograniczyć i oczywiście z tego skorzystano i w tej chwili mamy 16 procent (w tym 0,6 proc. dla certyfikatów biogazowych).

Co było głównym powodem tak drastycznego spadku cen zielonych certyfikatów?

Moim zdaniem sporą winę ponosi współspalanie. Dużo certyfikatów poszło nie do zielonej energii, która zieloną być powinna. Zgodnie z nomenklaturą unijną, niestety, energią odnawialną można nazywać współspalanie węgla z biomasą, czyli coś co jest zielone tylko w jakimś ułamku. Za każdą megawatogodzinę producenci dosypujący biomasę do węgla dostawali ten sam certyfikat, który my dostawaliśmy. Duża część tego wsparcia z ustawy o OZE czy energetyki obywatelskiej została wykupiona przez energetykę węglową.

Jakie są pomysły, by z  tych problemów wyjść?

Jeden to postulat Polskiej Rady Koordynacyjnej OZE, czyli obowiązek umorzenia certyfikatów - niech państwo weźmie na siebie to brzemię i przyzna, że system nie jest już rynkowy, bo ktoś wcześniej popełnił błędy, bo podkreślić należy, że tragiczna sytuacja OZE nie wynika tylko z błędów tego rządu, to wyniki zaniedbań kilkunastu ostatnich lat. Drugie wyjście, jakie postulujemy, to przeprowadzenie tych instalacji do tzw. aukcji migracyjnych, czyli tak, żeby umożliwić tym osobom migrację do systemu aukcyjnego. To by polegało na tym, że jeżeli wiatrak ma 8 lat pracy za sobą, może przejść na system aukcyjny tylko na 7 lat. Tak by ci ludzie mogli chociaż spłacić kredyty. To by się miało opierać na stałej minimalnej cenie, naszym zdaniem ukształtowanej w okolicach 300-320 złotych w zależności od tego, kto jakie wsparcie dostał, ale taka stawka gwarantowałaby, że każda z tych osób w ciągu 4, 5, czy 7 lat swój kredyt spłaci. Ten system nie byłby kosztowniejszy niż obecnie, bo certyfikaty i tak są wliczane po o wiele wyższej cenie w naszych rachunkach za energię. I tu mamy do czynienia z nieprawdą głoszoną przez rząd, że cen certyfikatów nie można podnieść z tych marnych kilkudziesięciu złotych, bo to odbiłoby się na rachunkach mieszkańców. Te certyfikaty z rachunków zatrzymały się dziwnie na 140-150 złotych.

Czyli udział w aukcjach byłby najlepszy?

Powiedzmy: najłatwiejszy dla ratowania sytuacji. Jeśli rząd nie chciał ratować systemu wtedy, gdy było to o wiele łatwiejsze to jedynym wyjściem jest teraz przejście do aukcji dla istniejących instalacji.

Ilu przedsiębiorców zbankrutowało, pozbyło się wiatraków?

Ludzie zarzynają się, finansują straty z innych przedsięwzięć, starają się robić co można, by nie upaść. Ta działalność jest niedochodowa od kilku lat, ale łatana jest przez tę drugą, "bezpieczną".

Jakie przepisy ustawy o OZE należałoby poprawić?

Trzeba by zmienić kwestię pomocy publicznej. Ci, którzy dostali wysokie wsparcie na początku przy pikujących cenach certyfikatów nie powinni mieć takich samych szans w systemie aukcyjnym. My chcielibyśmy uratować tych, którzy tego potrzebują, żeby nie było tak, że ten kto kupił starą turbinę, wziął na to dofinansowanie a teraz miał na równych prawach startować w aukcji migracyjnej i zabierać miejsce temu kto sfinansował to z kredytu, nie dostał na to pieniędzy i jeszcze certyfikatów nie zbył, bo mu się to nie opłacało. Kolejnym postulatem jest formuła koszyków aukcyjnych. Progi mocowe powinny być nie do jednego megawata, ale do dwóch, ponieważ większość instalacji jest o mocy 1,6 czy 1,8 MW, w związku z czym obecnie mali inwestorzy startują w jednym koszyku razem z gigantami. Gdyby granica była postawiona wyżej, mielibyśmy małą energetykę w osobnym koszyku. Władze mają dokładną ściągawkę jak pomóc polskim niewielkim przedsiębiorcom energetycznym, jeśli rzeczywiście chciałyby to zrobić.

Kamil Szydłowski - wiceprezes Stowarzyszenia Małej Energetyki Wiatrowej


Paweł Sito / REO.pl
fot. Kamil Szydłowski

Facebook Twitter Twitter

Serwis www.reo.pl korzysta z plików cookies (tzw. ciasteczka).

Więcej informacji o tym jakich cookies używamy, oraz jak nimi zarządzać, znajdziesz po kliknięciu w „więcej”.