Od Opola do Ostrołęki. I Atomek.

07.09.2017

Krynicka zapowiedź Ministra Energii, że ostrołęcka elektrownia węglowa o mocy 1000 MW będzie ostatnim takim obiektem budowanym w Polsce świadczy tylko o jednym. Rząd jak nie miał, tak nadal nie ma sensownego, strategicznego planu utrzymania zdolności polskiego sektora energetycznego do zaspokajania, najprawdopodobniej rosnących w najbliższych latach, potrzeb polskiej gospodarki.


Od 2 lat słyszymy coraz to nowe koncepcje i coraz to inne kwoty planowanych inwestycji. Można się już pogubić w ich mnogości i różnorodności. Dlatego i do tej ostatniej wypowiedzi za bardzo się nie przywiązuję, choć dostrzegam fakt, że analizy resortu energii dotyczące przyszłości energetyki węglowej stają się bardziej realistyczne, co nie znaczy, że w pełni realne. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że mimo iż moc osiągalna elektrowni cieplnych sięga w Polsce teoretycznie 30 GW, to w praktyce, gdy zapotrzebowanie na energię dochodzi do pułapu 24-25 GW, system zaczyna trzeszczeć. I to w sytuacji, gdy ciągle jeszcze (pytanie jak długo) mamy znaczącą generację z energetyki wiatrowej. A przecież planowane jest w niedługim czasie wyłączenie lub znaczące ograniczenie czasu pracy szeregu bloków węglowych w elektrowniach Bełchatów, Łagisza, Adamów (cała elektrownia) i Pątnów. To tylko początek zmian w energetyce węglowej, gdzie instalacje o łącznej mocy ponad 20 GW mają 30 lat i więcej.

Proces ten może przyśpieszyć, gdy okaże się, że znaczna część istniejących bloków nie jest w stanie sprostać opublikowanym niedawno wymogom konkluzji BAT dla energetyki cieplnej. Zaawansowane już inwestycje w bloki nadkrytyczne w Opolu (wykonano już osiemdziesiąt kilka procent prac), Kozienicach i Jaworznie tylko częściowo skompensują te ubytki mocy. Nie rozwiąże problemu także ewentualna budowa elektrowni w Ostrołęce. Piszę ewentualna, bo tajemnicą poliszynela jest, że projekt ten z ekonomicznego punktu widzenia nie ma sensu, a w takiej sytuacji trzeba będzie znacznych wygibasów, żeby zapewnić jego sfinansowanie.

A entuzjastom technologii nadkrytycznych mamutów klasy 1000 MW mogę tylko przypomnieć, że bezpośrednią ostateczną przyczyną załamania się systemu energetycznego w sierpniu 2015 r była awaria bloku 850 MW w Bełchatowie. Czy w sytuacji, w której nasz system będzie opierał się o pracę 6 takich olbrzymów, ryzyko masowej awarii zmniejszy się? Odpowiedź wydaje się oczywista!

Kontekst ten jest ważny, bo dopiero po jego uwzględnieniu możemy ocenić inny fragment wypowiedzi ministra Tchórzewskiego, o potrzebie budowy co najmniej 4-4,5 GW w nowej elektrowni jądrowej, przy czym pierwszy blok miałby wystartować w ok. 2030 r. Abstrahując od wątpliwości, na ile takie tempo realizacyjne jest możliwe do osiągnięcia w naszym kraju,  trzeba jasno wskazać, że nie stanowi to żadnego rozwiązania problemu. Ubytki mocy w systemie, a więc także kurczenie się rezerwy, która mogłaby zastąpić bloki w stanie awarii następować będą na długo wcześniej, zanim pierwszy prąd z reaktora jądrowego popłynie do sieci. Jak wypełnić tą lukę resort energii nie podaje, bo też pewnie sam tego nie wie.

Przydałyby się inwestycje w energetykę odnawialną, która jest w stanie dość szybko generować nowe moce, znacznie szybciej niż przy inwestycjach w elektrownie konwencjonalne, nie mówiąc już o jądrowych, ale czy ktoś przy zdrowych zmysłach, widząc jak niszczy się dzisiaj branżę wiatrową, zechce w takie projekty jeszcze się angażować? A oligopol energetyczny już pokazał, że energetyki rozproszonej tworzyć nie potrafi i jedyne na co liczy to przejęcie masy upadłościowej parków wiatrowych zniszczonych finansowo przez nierozumne decyzje władz.

Skala wyzwań jest więc duża, a jeszcze większe będą niezbędne nakłady inwestycyjne. Raczej między bajki można włożyć nadzieje Ministra, że uda się wybudować w Polsce elektrownię atomową za ok. 4 mln euro/MW. Takiego wskaźnika nie udało się osiągnąć dla żadnej budowanej aktualnie w Europie elektrowni jądrowej, w tym dla elektrowni Hinkley Point rozbudowywanej przez Chinczyków, czy elektrowni Paks na Węgrzech, gdzie wykonawcą jest względnie tani Rossatom. Przeciętny koszt EJ w Europie to aktualnie 5,5-6 mln euro/MW, a trzeba pamiętać, że projekty te nie powstają w szczerym polu, tylko przy już pracujących elektrowniach i korzystać mają z wykorzystywanej przez nie infrastruktury przesyłowej, transportowej i hydrotechnicznej.

Ale nawet gdyby nadzieje Ministra, co do wysokości nakładów inwestycyjnych i innowacyjnej inżynierii finansowej okazały się realne, to trudno zrozumieć skąd wiara w tak niską cenę energii z nowej elektrowni jądrowej? Przecież nawet gdyby znalazł się ktoś, kto pożyczy te pieniądze na 40 lat i da bardzo niskie oprocentowanie, to sam koszt obsługi tego kredytu byłby przez co najmniej kilkanaście lat wyższy niż obecne hurtowe ceny energii. A gdzie koszty paliwa, załogi, amortyzacji itp.? No chyba, że Pan Minister miał na myśli przewidywane koszty wytwarzania energii w tych nowych blokach nadkrytycznych.

 

Tomasz Podgajniak

Prezes Zarządu Enerco

Facebook Twitter Twitter

Serwis www.reo.pl korzysta z plików cookies (tzw. ciasteczka).

Więcej informacji o tym jakich cookies używamy, oraz jak nimi zarządzać, znajdziesz po kliknięciu w „więcej”.